sobota, 22 grudnia 2012

Koniec Świata

Dwudziestego grudnia miałem chwilę na przemyślenia w obliczu przewidywanego końca świata. Zrobiwszy małe resume (pozdrowienia dla prof. Piątka) stwierdziłem, że życie summa summarum wychodzi u mnie in plus. Tak czy inaczej kontempalacyj ciąg dalszy zamieszczam na blogu. Majowie przepowiedzieli (podobno) koniec świata na 21.12.12, aczkolwiek nic nie nastąpiło. Założę się, że za jakiś czas dowiemy się o nowych obliczeniach w kalendarium Majów, że ktoś się pomylił i koniec świata nastąpi kiedy indziej. Mam jednak takie wrażenie, że świat kończy się na naszych oczach tak czy inaczej. Czekając na wielkie bum roku 2012 nie zauważamy jak wielkie bum następuje rozłożone w latach. Polecam, po raz kolejny pewnie, film Luc'a Besson'a pt. "SOS- Home". Wystarczy wysłuchać zawartych tam wypowiedzi lektora zawierających dane nt. zużywania naturalnych surowców ziemii by przekonać się, że koniec świata następuje tu i teraz. Być może ze względu na fakt, iż jest on rozłożony w czasie nie zauważamy tego tak bardzo, aczkolwiek nasz udział w nim jest bezdyskusyjny. Widzimy tylko to co chcemy zauważać. Trwonienie zasobów naturalnych naszej planety jest dla nas czymś całkowicie naturalnym. Stymulowani przez chorą chęć zysku, posiadania wyciskamy Ziemię jak gąbkę. Co pozostawimy przyszłym pokoleniom? Smród konsumpcjonizmu. Mieliśmy czynić Ziemię poddaną nam i rozsądnie korzystać z jej dobrodziejstw. My tymczasem zarzynamy ją bez opamiętania.

sobota, 8 grudnia 2012

Bliżej ku celom posiadania

Świetny artykuł ostatnio przeczytałem w Focusie. Potrzeba posiadania będzie dzisiejszym tematem. W temacie o jeden numer wcześniej wspominałem o społeczeństwie dwudziestego pierwszego wieku. Zapomniane relacje społeczne, wszędobylska rywalizacja, korporacyjne społeczności dla których wyznacznikiem istnienia jest potrzeba posiadania... Minimaliści... taka mała społeczność ludzi, którzy uważają, że aby być szczęśliwym nie trzeba spełniać reklamowych zachcianek korporacji. Nowy telefon, czy tablet nie przybliżają do jakiegokolwiek etapu społecznego spełnienia. Sztucznie wykreowana przez korporacje za pomocą reklam potrzeba posiadania nie znajduje realnego uwierzytelnienia w naszych codziennych potrzebach, aczkolwiek dajemy się ponosić sile sugestii. I dlatego te jesteśmy w stanie kupować na potęgę. Wbrew wszelkim zasadom. Nieważna jest nasza planeta i jej naturalne zasoby, nieważna ilość gotówki w portfelach. Ważna promocja na nowy telefon. Nieistotne, że stary ma dwa lata... Społeczeństwo konsumpcyjne przejmuje władzę...

Gniew

Akcja odkurzania bloga rozpoczęta. Dzisiejszą inspirację stanowią dla mnie kierowcy, którzy uważają, że fakt posiadania prawa jazdy stanowi dla nich niezbity dowód na posiadania prawa do tworzenia nowych przepisów. Jeden, wyjątkowo szczególny przypadek spotkałem dziś. Istota humanoidalna kierująca samochodem pominęła fakt, że skręcając w daną ulicę trzeba włączyć kierunkowskaz. Przechodząc przez tą ulicę z moim synem nieomal wpadłem pod samochód istoty humanoidalnej. Starałem się zwrócić jego uwagę na fakt niewłączenia kierunkowskazu, lecz jedyne co uzyskałem, to "fuck off you weirdo". W rankingu osób którym chciałbym dać w ryj idiota ten znajduje się w ścisłej czołówce. Nie był to jednak korzystny moment. Anyway... Tak sobie pomyślałem, że XXI wiek wymusił na nas jakiś dziwny pęd. Gonitwę za niewiadomo czym. Wartości zostały dawno zdewaluowane. To co kiedyś stanowiło o sile społeczeństwa dziś stanowi o jego słabości. Ważne jest kto jest dalej i szybciej (jakkolwiek odniesiemy te słowa). Wydaje się, że wiek dwudziesty pierwszy stał się wiekiem aspołecznym. Aspołecznym w sensie takim, że to co stanowi o byciu społecznością jest martwe. Wartości nabiera indywidualizm w wersji skrajnej. Społeczność dwudziestego pierwszego wieku to zbiór indywidualności. Żyjemy na granicy dwóch różnych światów, z których pierwszy rozpoznaje bycie człowiekiem w sensie kontynuowania progresji społeczeństwa na zasadzie wzajemnej pomocy i wzrastania jako społeczeństwo "razem" a drugi świat istniejący od niedawna rozpoznaje społeczeństwo jako "społeczność" istniejącą na portalu. Życie sprowadza się do portalu. Zamiera potrzeba wymiany poglądów na płaszczyźnie fizycznej. W świecie numer dwa wymiana poglądów sprowadza się do postów na portalu lub ich lajkowaniu. Empatia umarła.

środa, 21 listopada 2012

Sebastianowi

Wracając do naszej ostatniej rozmowy chciałbym rozszerzyć pewne tematy lub je po po prostu doprecyzować. Idealistyczny punkt widzenia nie jest czynnikiem determinującym moje działania. O ile staram się poruszać w ramach tej idealistycznej wizji, to wiadomo że trzeba wyrzec się idealizmu na rzecz życia po prostu. Gdy ktoś podsuwa mi pod nos jakieś pieniądze mówiąc, że one mi się należą pewnie zgodzę się z tą osobą i je zaakceptuję. Problem, który ja zauważam jest trochę innej natury. Pytam czy rzeczywiście państwo stać na to by te pieniądze podsuwać mi pod nos. Czy państwo bawiąc się w świętego Mikołaja w czasach gdy gospodarka dobrze prosperuje nie funduje nam tak naprawdę ubogiego życia kosztem bogatych świąt. Jak pokazuje kryzys zadłużenia w Europie niektóre kraje przez całe lata przejadały to co przejadane być nie powinno. I teraz w momencie kryzysu oczekują pomocy od państw które w czasie prosperity równoważyły swoje wydatki by mieć coś "na czarną godzinę". Rodzi się pytanie czy mają moralne prawo takiej pomocy oczekiwać? Wracając do tematu jednostki. Człowiek może zgadzać się na daninę od państwa, jednakoż powinien mieć na tyle wyobraźni by zdawać sobie sprawę, że w ciężkich czasach oczekiwanie na finansową pomoc państwa może powodować pewne perturbacje finansowe tegoż państwa. Człowiek nie żyje 1000 lat - państwo tak. Żyjąc powiedzmy 70 lat człowiek z natury ma ograniczony horyzont. Myślimy o naszym życiu i dlatego jesteśmy gotowi przyjąć finansową pomoc państwa a nawet jej oczekujemy. A co jeśli państwo spełniając nasze finansowe zachcianki odbiera pieniądze przyszłości? Państwo nie zadłuża się (niestety) jedynie na okres trwania pokolenia. Państwo zadłuża się na tyle lat ile chce. Długi przechodzą z pokolenia na pokolenie. Czy tak być powinno? Czy mamy moralne prawo oczekiwać pomocy wiedząc, że zadłużenie państwa sięga 60% PKB lub więcej? Obciążając tym samym następne pokolenia dodajmy. Wiem, że to wszystko jest teorią, lecz to właśnie teorie tworzą podstawy współczesnej ekonomii. Praktyka jest taka, że z pokolenia na pokolenia ludzkość jest coraz bardziej egoistyczna i coraz to mniej troszczy się o przyszłość swoich dzieci, wnuków, prawnuków. Nie zrozum mnie źle - nie oczekuję od obywateli, aby w przypływie obaw o przyszłość zrzekli się wszystkich swoich roszczeń finansowych wobec państwa. Wymagam jednak rozsądnych decyzji przy urnie wyborczej. Nie wybierajmy świętych Mikołajów. I to właśnie miałem na myśli gdy mówiłem o obiecanej Brytyjczykom przez Winstona Churchill'a krwi pocie i łzach.

...

Zaledwie kilka dni temu opublikowałem post na temat niektórych grup społecznych, których sensem istnienia jest próba zwalczania wroga, a tymczasem służby specjalne udaremniły próbę zamachu na najważniejsze osoby w państwie. Zmusza do wyciągnięcia wniosków... Rzecz w tym, że im bardziej radykalne poglądy głoszą przywódcy tym większa szansa na występowanie takich zachowań. W momencie gdy część sceny politycznej całkowicie neguje istnienie państwa jako takiego i próbuje stworzyć minipaństwo alternatywne dochodzi do strasznych spięć, których świadkami jesteśmy teraz i które wiodą indywidua do konfrontowania tych dwóch wersji państwa. To co rozumiemy pod pojęciem konfrontacja jest kolejnym problemem. O ile większość z nas rozumie pojęcie konfrontacji jako zestawienie przeciwstawnych argumentów o tyle znajdą się ludzie którzy konfrontację rozumieją zbyt dosłownie... W każdym demokratycznym państwie powinny istnieć przeciwstawne siły polityczne. Rzecz w tym aby z poszanowaniem odnosić się do każdej osoby. Wizje świata są tak różne, jak różni są ludzie. Nie znaczy to jednak, że musimy być sobie wrogami. Powinniśmy nauczyć się empatii.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Wróg potrzebny od zaraz

Wracając jeszcze do tematyki obchodów odzyskania niepodległości - nasunęła mi się taka refleksja ostatnio... W każdym społeczeństwie istnieje grupa, której egzystencja uwarunkowana wręcz jest istnieniem jakiegoś wroga. Wróg jest tłem, na którym grupy takie mogą się odznaczać. Jest jak trampolina na której trzeba się odbijać by zostać zauważonym. Wszystkie uzależnione od istnienia wroga grupy zmuszone są niekiedy do jego wykreowania na potrzeby swojego istnienia. Jeśli wróg ten rzeczywiście istnieje (ale uwaga - wróg może wrogiem być jedynie dla przedstawicieli grupy którzy za wroga inną grupę sobie obrali) nie jest to jeszcze psychoza. Jest psychozą jednak już sytuacja, gdy dana grupa kreuje ideę wroga, który jest jakimś bytem abstrakcyjnym. Nie wiadomo kto to jest, nie wiadomo gdzie jest, lecz wiadomo, że jest, a z racji tego, że my wiemy że jest lepiej trzymać się razem. Dla uproszczenia: sytuacja pierwsza to taka w której widzimy kogoś, kto nam światopoglądowo nie odpowiada i nazywamy go wrogiem, w sytuacji drugiej mamy do czynienia z wymyślonym wrogiem. Sytuacja numer dwa jest o tyle niebezpieczna, że skoro ktoś nam wmawia, że istnieją jacyś "oni", których powinniśmy się obawiać to ten ktoś jest zdania, że on potrafi tego wroga zdefiniować i lepiej być w jego (jej) grupie. Mętny obraz wroga jest po to mętny by tylko ktoś o bystrym umyśle i wzroku potrafił wroga wyłapać w tłumie nie-wrogów. Ktoś taki potrzebuje słuchaczy o mało bystrych umysłach by mógł im przewodzić w "jedynie prawej ścieżce". Nie wiem dlaczego, lecz w moim umyśle zawsze jest jakiś tlący się płomień wątpliwości nakazujący mi wciąż szukać, wciąż zadawać pytania, drążyć i pytać tam gdzie inni wolą machnąć ręką. I ten tlący się płomień wiódł mnie zawsze w kierunku nonkonformistycznego spojrzenia na świat. Nonkonformizm ten nie jest jednak pustą negacją podważającą wartości i zastany porządek, jest próbą negacji ale także pytaniem o zastąpienie tegoż porządku innym.Nazwijmy go nonkonformizmem czynnym. Cieszę się z tego powodu, bo mniemam iż wierząc nawet głęboko w jakąś ideę nie zatopię się w niej bez reszty. Warto zadać sobie czasem pytanie czy ludzie, którzy sugerują nam że świat jaki widzą jest naszym światem nie widzą jedynie jedynie jego skrawka. Warto rozejrzeć się wokół i zobaczyć obraz panoramiczny.

niedziela, 11 listopada 2012

11.11

Miałem nie pisać na tematy polityczne, bo tak sobie obiecałęm, ale czasem trudno jest przejść obojętnie wobec pewnych zdarzeń. Mamy Święto Niepodległości. Cieszę się tym dniem. Cieszę się z tego, że jestem Polakiem i mogłem urodzić się w wolnym kraju. Nie znam uczucia bycia zniewolonym. Wolność jest dla mnie tak normalna jak oddychanie. Był jednak taki czas w historii naszego kraju, kiedy Polska jako kraj nie istniała. Była podzielona między zaborców. Wywalczona została ta wolność. Dla nas między innymi. Wolność, której ceną było życie innych ludzi dziś jest traktowana w sposób urągający jakimkolwiek normom. Według mnie Dzień Odzyskania Niepodległości powinien być w Polsce świętowany przez cały naród. Nie powinien być okazją do burd i awantur lub też politycznych przepychanek. Wolność to dobro dla narodu najcenniejsze i tak też powinniśmy traktować ten dzień. Chciałbym kiedyś w przyszłości pokazać mojemu dziecku jak w dniu odzyskania niepodległości ludzie się z tego powodu radują. Zastanawiam się jednak co mu powiem gdy zapyta dlaczego ludzie dla których wolność ta została wywalczona obrzucają się kamieniami w rocznicę jej odzyskania. Może jestem idealistą, lecz myślę, że istnieje coś takiego w świecie jak kulturalna wymiana opinii. Często rozmawiam z kilkoma ludźmi na różne tematy światopoglądowe. Różne mamy zdania, co nie znaczy, że się wyzywamy lub bijemy. Najważniejszą i podstawową rzeczą jest akceptacja faktu, że nasz interlekutor może mieć odmienne zdanie, odmienną koncepcję świata. Mało tego - mnie cieszy, gdy mój rozmówca ma odmienne zdanie, ponieważ jestem bogatszy o jego spojrzenie na świat. Nie musi znaczyć to, że się z nim zgadzam, lecz tylko to, że mając szacunek do drugiej osoby o przeciwnych poglądach mogę z nią swobodnie rozmawiać. Bardzo chciałbym, żeby w Polsce nastąpił kiedyś taki moment, gdy ludzie zaczną z sobą rozmawiać, a nie przerzucać się epitetami lub - w najgorszym wypadku - kamieniami. Wolność nie jest dobrem niezbywalnym, nie jest czymś danym raz na zawsze. Powinniśmy o tym pamiętać w szczególności w takim dniu. Podzielony naród jest łatwiej zatapialny. Podsycanie nienawiści wobec siebie nie działa na korzyść narodu a na jego niekorzyść. Jak głosi porzekadło "Zgoda buduje, niezgoda rujnuje". Obcując z róznymi kulturami można zauważyć jak ludzie z tychże kultur z sobą koegzystują i jaki ma to wpływ na ich istnienie. Może zamiast nakręcać spiralę nienawiści warto by było usiąść razem i po prostu porozmawiać.

piątek, 9 listopada 2012

In Memoriam

Mroczny blask. Jest taki moment gdy pytania pozostają puste, bez odpowiedzi, gdy realność tego świata zdaje się być koszmarnie nierzeczywista. Nieprzenikniony chłód dotkliwszy niż cokolwiek innego w świecie pozostaje jedynym namacalnym dowodem istnienia. A może jeszcze ból. Bezlitośnie czarny i bezdenny. W chwilach najokrutniejszych żadne słowa nie mogą opisać uczuć...

środa, 17 października 2012

W oparach nierzyczywistych skrawków życia

Tak się zastanawiam. Człowiek przez całe życie ewoluuje. Ewolucja to proces podczas którego my sami stajemy się kimś innym bazując na tym kim byliśmy. Zasadniczo jest to progres, czy rozwój. Nazwa jest mało istotna. Tak czy inaczej przedmiotem tego wpisu jest zjawisko, które czasem niestety zauważam a które skłania mnie ku stwierdzeniu, że bardzo często oszukujemy samych siebie. Zjawisko to polega na przyswajaniu pewnych wartości, z którymi w rzeczywistości raczej się nie utożsamiamy lub też nie utożsamiamy się w większym stopniu. Przyswajanie tychże wartości ma na celu określenie nas w pewnym środowisku lub wobec pewnej grupy społecznej . Taki aksjologiczny konformizm. Pewnie każdy (lub wielu) z nas jest w mniejszym lub większym stopniu konformistą, lecz wartości, które nas określają nie powinny wg mnie ulegać żadnemu relatywizmowi. Jeśli już coś wyznajemy i w coś wierzymy, to powinno to stanowić trzon naszego jestestwa w ujęciu psychologicznym. Podam może prosty przykład. Rozmawiając niegdyś z kumplem z czasów młodości poinformowałem go, że wybieram się na koncert, na co on zapytał "jeszcze z tego nie wyrosłeś?", "z czego?" - zapytałem, "z tych koncertów, muzyki i tego wszystkiego"... i finał spotkania był taki że po czasie nie mieliśmy o czym, rozmawiać. Nie "wyrosłem" bo nie miałem z czego wyrastać. Jeśli coś się lubi i lubi się to szczerze, to nie można z tego "wyrosnąć". Owszem można rozszerzać swoje gusta, poszerzać lecz nie "wyrosnąć" z nich. Nie można "wyrosnąć" z samego siebie. Być może gusta muzyczne są mało odpowiednim przykładem jeśli mówimy o wartościach, lecz w miejsce muzyki wstawmy jakąkolwiek ideę w którą wierzyliśmy w młodości. To, że w młodości byłem wierzący nie oznacza, że po latach mogę z tego wyrosnąć lub całkowicie przestać wierzyć, bo "dorosłem". Mogę wiarę swoją poszerzyć o nowe doświadczenia, nowe spojrzenie. Dlatego też często nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy w młodości wyznawali pewne poglądy tylko po to by określić się w grupie. Zawsze zresztą bardziej ceniłem nonkonformizm jako postawę bardziej budującą, która wymagała nie tylko negowania pewnej rzeczywistości lecz także podania alternatywy dla tejże. Myślę, że wyznając jakieś zasady szczerze człowiek jest sam wobec siebie szczerym, a będąc szczerym wobec siebie nasze życie może być tylko bogatsze...

piątek, 12 października 2012

Sztuka tworzenia

Oglądałem ostatnio wywiad z Aaronem Stainthorpe'm wokalistą grupy My Dying Bride. W trakcie wywiadu zapytany został o to czy podczas występów na scenie jest tą samą osobą, która udziela wywiadów. Powiedział on wtedy, że za każdym razem gdy stoi na scenie zamienia się w bohatera, którego historię opowiada i nie jest tym samym człowiekiem poza sceną. Skłoniło mnie to do pewnej refleksji nad naturą tworzenia. Twórcą jest każdy z nas, choć nie każdy z nas jest w stanie do tego się przyznać lub jest tego faktu świadomy. Tworzymy przede wszystkim rzeczywistość dnia powszedniego. Niektórzy tworzą również inne rzeczywistości. I na tych innych się skupię. Jesteśmy malarzami, pisarzami, tekściarzami, muzykami, aktorami. Sztuka tworzenia przyjmuje doprawdy różne formy. Co jednak sprawia, że pragniemy tworzyć alternatywne rzeczywistości i o nich opowiadać. W moim przypadku jest to pragnienie samego tworzenia. Każde słowo napisane przeze mnie na tym blogu, każda idea ku której się pochylam jest tym co stwarzam. Stwarzamy światy by je pokazać innym ludziom. Być może po to by mocniej zaakcentować swoją egzystencję, swoje jestestwo, a być może po to by ją w ogóle określić. Niewiem. Od zawsze fascynowała mnie sztuka tworzenia. Czytając książki byłem pod wrażeniem jak za pomocą maszyny do pisania i sprawnego umysłu można przenieść innych ludzi w zupełnie odmienną rzeczywistość, można skłonić ludzi do refleksji a nawet zmieniać świat. Starożytni filozofowie mieli "tylko" zwoje papirusu i sprawne umysłu, a jednak do dziś uczymy się ich idei na uniwersytetach. Podobnie jest z muzyką. Pewien gitarzysta powiedział kiedyś, że gitarzysta, to gość, który za pomocą pięciu strun potrafi opowiedzieć każdą historię... Aktor z kolei musi wcielać się w życie swoich bohaterów... Myślę, że chęć tworzenia podyktowana jest chęcią bycia "panem swojego losu". W głębi serca chcielibyśmy urządzać świat takim jakim go widzimy my, nie inni. Chcielibyśmy skraść Bogu te małą cząstkę jego boskości.

niedziela, 7 października 2012

Czym jest wiara?

Takie mnie ostatnio naszło pytanie... Inspirująca rozmowa dzień wcześniej i morze wypitego alkoholu skłania do refleksji czasami. Czym zatem jest wiara? Pewnie dla każdego z nas jest czymś kompletnie innym. Znam wielu ludzi, którzy wychowani w duchu chrześcijaństwa czują, że wychowanie to jest swego rodzaju piętnem. Znam też wielu ludzi, którzy nie obnoszą się ze swoją wiarą, gdyż prozaicznie w dzisiejszych czasach jest to mało "trendy". Nigdy nie kryłem, że wiara chrześcijańska jest mi bliska. Nigdy też nie krytykowałem ludzi którym taka wiara z tych czy innych powodów bliska nie byłą. To, co najbardziej jest inspirujące, to gdy spotyka się dwoje ludzie, których poglądy są odmienne i potrafią oni rozmawiać... Kiedyś ktoś próbował mnie przekonywać do niewiary za pomocą braku fizycznych dowodów na istnienie Boga. Zrozumiałem wtedy, że wiara nie jest poszukiwaniem dowodów na istnienie Boga, lecz jest swego rodzaju zaufaniem. Sama etymologia słowa wiara nierozerwalnie wiąże się z zaufaniem. Wierzyć znaczy ufać, a nie wiedzieć. Dla samego wierzącego wiara jest drogowskazem, systemem wartości, którym kieruje się w życiu. A czym jest wiara jest dla was?

sobota, 6 października 2012

Krótkowzroczność

Po raz wtóry zostałem zdumiony przez pewien polski portal, którego nazwy przez grzeczność niewymienię. Zdumiałem się bardzo, gdy próbując szukać jakichkolwiek informacji na temat incydentu na linii Turcja - Syria "wstąpiłem" na ów portal by zaczerpnąć garść informacji, lecz wiodącą informacją tego dnia było to co powiedział nasz były prezydent do kandydata na prezydenta USA. Hmmm... Poczułem, że moja inteligencja została zakwestionowana w stopniu dużym bardzo. Mamy oto sytuację w której wypowiedź byłego polityka na kurtuazyjnym spotkaniu z kandydatem na prezydenta innego kraju jest w tym momencie ważniejsza niż potencjalne ognisko zapalne wojny, w której zaangażowane może być jedno z państw członkowskich Paktu Pólnocnoatlantyckiego i w rejonie świata gdzie takich ognisk zapalnych może być niestety więcej. Jestem sobie w stanie wyobrazić niestety sytuację, w której NATO wspierające Turcję w wojnie z Syrią rozsierdzi Iran, który prewencyjnie zaatakuje Izrael, który z kolei dysponuje bronią atomowę. Jednym z efektów ubocznych tegoż z kolei konfliktu będzie niebotycznie wysoka cena ropy naftowej, co z kolei dorżnie zdychające gospodarki. W tej sytuacji niewykluczone, że i inne państwa będą uczestniczyć w konfliktach zbrojnych. Oto gotowy scenariusz III wojny światowej. Lecz czymże jest taki konflikt w obliczu wypowiedzi byłego polityka do kandydata na prezydenta...

czwartek, 27 września 2012

Społeczeństwo konsumpcyjne.

Jesień działa na mnie twórczo i inspirująco. Z każdym dniem morze przemyśleń przelewa się przez moją głowę ( a może to kwestia tego, że w drodze do i z pracy mam czas na myślenie :-. Anyway... Społeczeństwo konsumpcyjne to MY. Ty, ja i większość z nas codziennie wstających do pracy. Dla wielu z nas ( a może nawet dla większości) praca nie jest wartością, lecz środkiem do celu, którym jest posiadanie. Myślę, że to właśnie chęć posiadania jest głównym kołem napędowym naszych wszystkich działań. Freudowskie ego człowieka XXI wieku obrało sobie jako cel POSIADANIE. To jest główny popęd społeczny. Pisałem o pracy. Wytrzymywanie to moim zdaniem najlepsze określenie cechujące pracownika. Rzadko spotyka się osoby, które chętnie pracują w swoim miejscu pracy. Jednakże wytrzymują, żeby ... i tutaj każdy może wymienić swój powód: zapłacić ratę kredytu, poszaleć w sobotę, kupić nowe trampki, etc. Posiadanie jako motor napędowy do pracy jest o tyle słabe, że oto brniemy w pułapkę bez wyjścia - produkujemy coraz więcej, by spełnić pragnienie posiadania, a ze względu na to że więcej produkujemy mamy coraz mniejszą szansę na pracę, która sprawiały nam przyjemność. A do tego megakoncerny, które stymulują naszą chęć posiadania napędzając sobie klientów produkują dobra coraz to niższej jakości (w sensie długotrwałości) gdyż z ekonomicznego punktu widzenia produkt "niepsujny" to produkt małoopłacalny, podczas gdy produkt "psujny", lecz dobrze rozreklamowany jest maszynką do robienia pieniędzy. Pamięta ktoś stare telefony komórkowe (Nokia 3210 itp) - telefony praktycznie działają do dzisiejszego dnia, dziś gdy telefon wytrzymuje rok, to absolutny sukces. Czasem nie musi nawet wytrzymać roku, gdyż rozdmuchana niczym balon reklama spowoduje, że klienci posiadający produkt cały czas działający będą walili do sklepów drzwiami i oknami po nowy model (vide Iphone 5). Podobnie jest z wieloma innymi produktami codziennego użytku. Nauka zna dziś sposoby na długowieczność niektórych użytkowanych przez nas dóbr, lecz w społeczeństwie konsumpcyjnym ta prawda zdaje się być niedostrzegalna. Jesteśmy marionetkami łatwo dającymi się sterować. Dobra wyższe, które wzbogacają nas w sposób niematerialny czyli kształtują naszą umysłowość i duchowość są w zaniku ze względu na krótkowzroczność społeczeństwa konsumpcyjnego oraz ze względu na potrzebę wyników namacalnych w szybkim tempie. To co może procentować w przyszłości jest niepotrzebne. Potrzebny jest wynik tu i teraz. Namacalny efekt, dobro konsumpcyjne. Jakiś czas temu zetknąłem się w magazynie popularnonaukowym z artykułem, w którym dowodzona na podstawie licznych badań naukowców, że zgubny wpływ na społeczeństwo XXI wieku wywiera internet. Umysły ludzi, którzy często korzystają z internetu pracują na podobnej zasadzie jak komputer (lub próbują). Surfując w internecie żądamy wyników na zadane pytanie w mgnieniu oka i skłonność tą przenosimy do rzeczywistości. Jeśli wyniki naszych starań zdają się odwlekać w czasie zaczyna nas nasze działąnie po prostu nudzić. Podobnie rzecz się ma w przypadku wielofuncjonalności. Z autopsji wiem, że często zdarza mi się skoncentrować tylko na jednym działaniu pracując z komputerem. Raczej jest to otwieranie kilku "okienek" na raz i próba ogarnięcia kilku działań w jednym czasie. I w tym przypadku także przenosimy nasze skłonności z maszyny do świata realnego, którego "moc obliczeniowa" nie jest napisana w systemie binarnym, a wszystko jest zależne od wszystkiego innego... Dlatego też nie wróżę świetlanej przyszłości społeczeństwu konsumpcyjnemu. Więcej - myślę, że historia zapamięta nas jako najbardziej zdeprawowane, samolubne i hedonistyczne społeczeństwo. Niestety. P.S. Podziękowania dla Kingi za inspirację - nie było to o dzieleniu się informacjami w internecie, ale w szerszym kontekście może trochę.

poniedziałek, 24 września 2012

Zwolnij ludzkości!

W naszym wciąż przyśpieszającym pędzie życia gubimy gdzieś po drodze to co w tym życiu jest najważniejsze. Wszechświat przyśpiesza a my wraz z nim. A co w życiu jest najważniejsze? Na to pytanie każdy powinien sam sobie odpowiedzieć. Niech każdy zrobi sobie takie postanowienie - zwolni i przystanie choć na chwilę by zadać sobie pytanie "Co w moim życiu jest najważniejsze" a następnie spróbować na nie odpowiedzieć. Nie będzie to łatwe, aczkolwiek efekty które uzyskamy mogą sprawić, że życie nabierze nowego znaczenia...

piątek, 21 września 2012

Gdzieś w przestrzeniach zagubieni....

Takie ostatnio miewam jesienne przemyślenia. Jakoś na mnie ta aura wpływa dziwnie... Czasem znajdujemy się w pewnej czasoprzestrzeni. Znajdujemy się w "tu i teraz" i w odczuciu jest to dla nas stan permamentny, stan który nie mija. Czas jednak biegnie nieubłaganie i dzień po dniu nasza rzeczywistość zmienia się w zupełnie inną, nową. Proces ten jest tak powolny, że następuje niezauważalnie. Następuje jednak dzień, gdy wracając myślami do pewnej czasoprzestrzeni zdaje mi się, że rzeczywistość do której wracam nigdy nie miała miejsca, że jest ona jedynie w mojej wyobraźni. Inną sprawą jest fakt, że wspomnienia otulamy czasem welonem sentymentu i czasoprzestrzeń, która niegdyś zdawała nam się najzwyklejszą po pewnym czasie zdaje się być wręcz magicznie nierealną. Ludzki umysł doprawdy jest nieprzenikniony.

środa, 5 września 2012

Meteopatom

Często się zastanawiam jak to jest, że człowiek jest tak nierozerwalnie związany z przyrodą. Zauważam, że w obecnych czasach nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że koegzystujemy i wsółdzielimy nasz dom - Ziemię. Pomijając fizyczny aspekt naszego istnienia na planecie istnieje rónież aspekt psychologiczny. Natura potrafi (zauważalnie lub nie) sterować naszym samopoczuciem. Zauważyłem to już kilka lat temu. Każda pora roku wywiera na moim nastroju swoisty nacisk. Pozytywny lub negatywny. I przy tej okazji przypomniał mi się wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmayera: "W JESIENI O cicha, mglista, o smutna jesieni! Już w duszę czar twój dziwny, senny spływa, przychodzą chmary zapomnianych cieni, tęsknota wiedzie je smutna i tkliwa, ileż miłości, och, ileż kochania umarła przeszłość z naszych serc pochłania, z naszych serc biednych, z naszych serc bezdeni... Zamykam oczy... Blade ciche cienie suną się w liści posępnym szeleście - jak obłok światło: niesie je wspomnienie... O dni umarłe! o dni! gdzież jesteście?... co pozostało po was?... Ach! daleko, daleko kędyś toczycie się rzeką szarą i mętną w głąb puszcz i w milczenie..."

sobota, 1 września 2012

Memento

1.09.1939 roku wybuchła najstraszniejsza w historii świata wojna, która zabrała miliony istnień. Myślę, żę warto pochylić się nad tą datą i pomyśleć choć przez chwilę o tych wszystkich, którzy oddali swe życie w obronie kraju, wolności, życia. Wiele napisano książek, artykułów na ten temat, wiele powiedziano, być może jescze więcej zrobiono. Ja chciałbym dołożyć swoją cegiełkę. Przyznam szczerze, że historia od zawsze była dla mnie interesująca, aczkolwiek nie zawsze było mi dane zrozumieć jej przesłanie. Zrozumiałem to dopiero w liceum gdy ucząca mnie historii profesor przytoczyła cytat: " Jedna śmierć to tragedia, milion – to statystyka" (Erich Maria Remarque). Po głębszym przemyśleniu zrozumiałem czego uczy nas historia... Wracając do tematu. Druga wojna światowa jest nie tylko historią. Dla mnie jest również studium ludzkiej psychologii. Do dziś niewiarygodnym wprost jest dla mnie fakt, że człowiek po zasmakowaniu władzy rozkoszuje się nią do tego stopnia, że chcąc ją potwierdzać potrafi uśmiercać setki tysiący ludzi. Używamy w naszym języku terminu "zezwierzęcenie", lecz zwierzęta kierują się instynktem, a nie chorą kalkulacją. W świecie zwierząt trzeba przede wszystkim przetrwać. W świecie ludzi walka o przetrwanie charakteryzuje się walką o wpływy i władzą jednych nad drugimi. Kto zdobędzie większą władzę ten wygrywa. Hitler był opętany pragnieniem zwycięstwa. Im więcej władzy miał, tym więcej je pragnął. Idea opętała go do tego stopnia, że wiara w nią motywowała go do działań, których dziś nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Władza którą mieli hitlerowcy rozmyła w nich pierwiastek człowieczeństwa. Ich plan ostatecznego rozwiązania świadczy o tym, że świadomość panowania nad podbitymi krajami zamieniła ich w bestie. Zresztą w XX wieku było takich przykładów kilka (Kosowo, Rwanda), co niestety utwierdza mnie w przekonaniu, że nie przykładamy zbyt wielkiej uwagi do wyciągania wniosków z historii. Druga wojna światowa dała nam wiele świadectw odwagi. Ludzie ryzykowali własnym życiem dając schronienie prześladowanym, walcząc w okupantem w obronie kraju w którym dziś możemy żyć. Niektórzy świadomie szli na śmierć wiedząc, że śmierć ta ocali życie kogoś innego. Moja ś.p. babcia była małą dziewczynką, gdy hitlerowcy zabrali ją do obozu koncentracyjnego i przeprowadzali na niej eksperymenty. Udało jej się przeżyć, lecz było wielu którym się nie udało. Oglądałem kiedyś program dokumentalny, w którym więziona w łagrach opowiadała, że ma chroniczny strach przed głodem. Mimo iż minęło wiele lat od czasu wojny ona będąc na zakupach w sklepie zawsze kupowała dużo więcej chleba niż potrzebowała. Myślę, że pokolenia ludzi, które nie przeżywały cierpień wojny nie będą w stanie nigdy zrozumieć bólu który musieli znieść ofiary tej wojny. Tym niemniej powinniśmy wsłuchiwać się w ich głos, jak w głos nauczyciela. Głos ten nie powinien nigdy zamilknąć i to My nie powinniśmy do tego dopuścić. "...Kiedy wolność płonie, Ostateczne Rozwiązanie Marzenia znikają, a wszelka nadzieja obraca się w pył Kiedy miliony płoną, kurtyna opadła Straceni dla świata, kiedy giną w płomieniach..." (SABATON)

sobota, 4 sierpnia 2012

Dzieło muzycznie doskonałe

Kolejną odsłoną moich muzycznych inspiracji jest album. Pewien czas temu zespół My Dying Bride postanowił wydać album nietypowy. Nietypowy, bo podsumowujący pewien okres w dorobku brytyjczyków, którzy wespół z Anathemą oraz Paradise Lost tworzyli swego czasu "nieświętą trójcę" kierunku zwanego doom metal. Nietypowy to album również z innego względu. Kompozycje na nim zawarte nie są jedynie zbiorem "hiciorów" My Dying Bride. Co więcej, w ogóle nie ma tu utworów, które wcześniej były sygnowane nazwą zespołu. Są to kompletnie nowe utworu, aczkolwiek zawierające motywy muzyczne utworów z wcześniejszych albumów. Wszystkie utwory są jednak utrzymane w duchu ... muzyki klasycznej. Mamy tu przebogatą paletę muzycznych barw. Mamy recytację Aarona przeplataną operową wokalizą, są smyczki, jest fortepian. Nie ma tu w ogóle gitar! Być może jest to dziwne zważając na rodzaj sztuki jaką zajmują się brytyjczycy z Bradford, lecz moim zdaniem gitary byłyby na tym albumie zbędne. Emocje buzują w tej muzyce ogromne. Muzycy udowadniają, że kilka dźwięków fortepianu może wywołać niekiedy większą burzę w głowie słuchacza niż ściana gitar, a recytacja Aarona doskonale wkomponująca się w muzyczne tło zdaje się być bardziej wyrazistą metodą komunikacji niż growling. Nie znaczy to, że gitarowe poniewieranie i growl nie znajdują drogi to wyrażenia ekspresji i emocji, co to to nie. Nie znajdują jej jednak na tym albumie i w ogóle tego nie brakuje. Muzycy My Dying Bride obrali drogę, na którą odważyłoby się niewielu muzyków. Po dwudziestu latach kroczenia ścieżką mrocznego, ciężkiego metalu odskoczyli na poletko muzyki poważnej, spełniając swoje marzenie (jak podkreślają muzycy album ten powstawał 15 lat. Podoba mi się ta muzyka bardzo. Więcej - w ostatnich powiedzmy 8-10 latach nie słyszałem bardziej inspirującej muzyki, a potwierdzeniem moich słów niech będzie fakt, że My Dying Bride po raz drugi gości na łamach moich muzycznych inspiracji . Dzieje się tu tak wiele, że trudno przyswoić ten album po jednokrotnym wysłuchaniu, dlatego też trzeba do niego wracać wciąż i wciąż. I są te dźwięki tak piękne, że nie można ich słuchać "przy okazji". Są takie albumy, dla których trzeba poświęcić czas i kontemplować każdy dźwięk na nich zawarty. I tak też jest w przypadku tego albumu. Trzeba go smakować i się nim rozkoszować. Trzeba poświęcić mu swój czas." Muzyka - to jest wyłom, przez który dusza, jak więzień z więzienia leci czasem w regiony wolności. Muzyka - to córa wszystkich muz."S. Żeromski

O in vitro słow kilka

Do niniejszego tekstu skłonił mnie tekst Szymona Hołowni na jego blogu na stronie Newsweek'a. Temat dotyczy zapłodnienia in vitro, której pan Szymon nie jest fanem. W swoim tekście pisze, że pomimo obelg, które są mu zarzucane przez niektórych liberalnych publicystów twardo będzie obstawał przy negowaniu metody in vitro. Wg Szymona metoda in vitro jest złe, ponieważ "człowiek wchodzący w wolność Boga i innego człowieka, w relację, która jest między nimi, jest intruzem. Nawet jeśli boża łaska i dobroć człowieka później skutki tego włamania w tajemnicę życia naprawią". Znaczy się, że intruzem jest taki lekarz, którzy przeprowadzi zabieg in vitro. Jestem w stanie zrozumieć, że Szymon, którego bardzo cenię jako publicystę i człowieka o jasno sprecyzowanych poglądach, nie chce i nie może wyznawać wartości które są sprzeczne z jego wiarą. A stoi w sprzeczności, ponieważ "in vitro to nie kolejna, przywracająca utracone funkcje procedura porównywalna ze wstawieniem plomby. To grzebanie od samego początku w wolności, w autonomii drugiego człowieka". Ja jednakoż nie umiem się zgodzić z przedstawianymi przezeń argumentami, bo (być może zbyt liberalnie) wyznaję zasadę, że wiara nie może stać w opozycji do dobra. Nie twierdząc że jest ona zła stwierdzam, że jeśli efektem końcowym jest dobro. Wybrałbym bycie intruzem. Choć będąc szczerym muszę przyznać panu Hołowni rację w jednym punkcie. Decyzja o poczęciu dziecka jest w pełni egoistyczną decyzją rodziców. Egoizm też jest jednak wyborem, którego dokonują świadomi ludzie obdarzeni wolną wolą. A "grzebanie od samego początku w wolności, w autonomii drugiego człowieka" następuje wg mnie w momencie gdy dwoje ludzi podejmuje świadomą decyzję o poczęciu dziecka. Koleją istotną sprawą w dyskusji o in vitro jest fakt, że nie powinniśmy podejmować decyzji dotyczących całego społeczeństwa w oparciu o religię, nawet jeśli jest to religia dominująca. Chodzi o opieraniu argumentów na bazie religii katolickiej. Fakt, że ogromna większość Polaków deklaruje się jako osoby wierzące nie powinna determinować decydentów do stanowienia takiego prawa, aby usatysfakcjonowana była tylko ta grupa. Jest to jednak temat na szerszą dysputę, którą być może kiedyś zacznę na łamach mojego blogowiska.

środa, 25 lipca 2012

Zagadnięty

Podczas wczorajszego spaceru z Olivierem zostałem zagadnięty przez dwoje młodych ludzi. Początkowo myślałem, że są Świadkami Jehowy, lecz okazali się Mormonami(!). Młodzież zaczęła przekonywać mnie, że oto moje szczęście jest w zasięgu ręki i wystarczy abym tylko się z nimi spotkał i porozmawiał na spokojnie a będzie mi dane tego szczęścia zasmakować. Ze względu na fakt, że nie lubię kończyć rozmowy (choćby i nachalnej) słowami "bo nie" wdałem się tym samym w krótką dysputę na temat religijności i wiary w ogóle. Nieustępliwi młodzieńcy próbowali dalej mnie przekonać, że wizyta w moim domu byłaby naszym obopólnym zwycięstwem. Poinformowawszy ich, że wiara moja dlatego nazywana jest moją, bo jest immamentną częścią MOJEJ duchowości, a gnoza (jakakolwiek by ona nie była) jest moją gnozą i daną w odczuwaniu jedynie mi. Mam uczulenie na osoby, które wiedzą lepiej ode mnie kiedy ja jestem szczęśliwy. Bóg dał człowiekowi wolną wolę nie po to byśmy byli mentalnymi niewolnikami innych ludzi. Owszem, lubię rozmawiać z innymi ludźmi, lecz rozmowa polega na wymianie myśli, poglądów, a nie na jednostronnym kontestowaniu swoich poglądów w nadziei, że druga strona spełni rolę gąbki. Nauczony przed laty za pomocą Świadków Jehowy, że wdawanie się w domowe dysputy nie jest najlepszym pomysłem odrzuciłem ten pomysł. Na koniec mormoński młodzieniec zadał mi pytanie: "Czy zdajesz sobie sprawę jak zmieniłoby się Twoje życie gdybyś zaczął studiować nasze nauki?". Szczerze mówiąc odpowiedź na to pytanie brzmi "Nie", aczkolwiek nasunęło mi się tym samym inne, nie mnie ważne pytanie: "Czy mormoni zdają sobię sprawę jak zmieniłoby się ich życia gdyby przygarnęli Pimela pod swoje strzechy?"

niedziela, 22 lipca 2012

O banksterach

Czytałem niedawno bardzo ciekawy wpis prof. Rybińskiego na jego blogu na temat zacieśnionych relacji polityka - bankowość. Bankierów nazywa on banksterami (prof. Rybiński lubuje się w tworzeniu nowych określeń wide :eurogeddon). Udowadnia, że relacje na linii państwo - banki daleko odbiegają od normalności. Mało tego - relacje te przeczą jakimkolwiek zasadom sprawiedliwości. Spotykamy się bowiem z taką oto sytuacją na świecie, kiedy banki dostają za darmo pożyczki (lub prawie za darmo), które to powinny stymulować gospodarkę. Pieniądze te nie stymulują jej jednak, ponieważ oprocentowanie pożyczek w bankach nie jest wprost proporcjonalne do oprocentowania jakie płacą banki od pożyczek zaciągniętych od państwa. Choć pożyczka jest tu chyba słowem nie na miejscu. Miast pożyczka winno się używać określenia dodrukowywanie, gdyż to jest właśnie faktyczna sytuacja. Pożycza się coś co się posiada, nie można pożyczać czegoś czego się nie ma wpisując to na poczet długu, który spłaci się możliwymi zyskami z przyszłości. Aby ukazać ten paradoks w całej okazałości wyobraźmy sobie taką oto sytuację: Pan Kowalski chciałby kupić mieszkanie, lecz nie posiada pieniędzy, idzie więc do banku w którym uzyskuje "pożyczkę" ("pożyczoną" przez bank od państwa, które to z kolei pożyczyło od niewiadomo kogo, czyli wpisało na listę długu dodrukowując pieniądz). Teraz Kowalski kupuje mieszkanie. Mija czas. Kowalski traci pracę, bo jest kryzys a pracodawca nie ma zamówień. Nasz bohater nie ma kasy na spłacanie. W związku z tym faktem Kowalski idzie do drukarni i zamawia 1000 jednostek Obligacji Kowalskiego o wartości 100 zł każda. Po wydrukowaniu sprzedaje obligację na rynku. Oprocentowanie wynosi 5% na 5 lat. Mało, bo sąsiad Kowalskiego Nowak który założył agencję ratingową wycenił Kowalskiego na AA+ (że niby spłaci bez problemu). Mija 5 lat Kowalski spłacił chatę obligacjami ale nadchodzi czas wykupu obligacji a kasy nie ma. Obrotny Kowalski idzie do drukarni i tym razem zamawia 2000 obligacji po 100 zł każda. Nowak daje mu rating A- bo Kowalski dalej nie ma roboty. Obligację idą na pniu (7% na 5 lat), Kowalski spłaca poprzedni dług a za resztę kupuje nowy samochód u szwagra w komisie (szwagier sprzedaje samochody całej rodzince która pozaciągała długi podobnie jak Kowalski). Szwagier Kowalskiego po namyśle otwiera drugi komis, bo interes idzie świetnie. Mija 5 lat. Przedsiębiorczy Kowalski kieruje się do drukarni. Drukuje 4000 obligacji po 100zł każda. Nowak tym razem myśli sobie, że coś nie halo z tym Kowalskim i daje mu BB- z perspektywą negatywną (że niby jest niefajnie). Kowalski się wku... bo nie może opchnąć obligacji po tyle ile chciał czyli 10%. Sprzedaje je na 12%. Po dwóch latach nabywcy czują swąd brzydkiego bąka którego sprzedał im Kowalski i próbują opchnąć obligacje które ten im wcisnął. Nikt ich jednak nie chce kupić. Powstaje problem. Kowalski pisze do premiera. "Słuchaj stary pożycz mi trochę kasy, bo jest kiepsko, a jak nie wykupię obligacji to będzie jeszcze gorzej bo nikt nie dostanie obiecanej kasy z oprocentowaniem, a jak nikt nie zrealizuje zysków na które się powoływał zaciągając swoje pożyczki to będzie niewesoło". Po tygodniu nasz bohater dostaje list "No dobra dostaniesz pożyczkę, ale pamiętaj - najpierw pospłacaj długi a za resztę kup kilka samochodów u szwagra, żeby rozruszać biznes w mieście". Tak też postępuje. Mija 5 lat Kowalski znowu pisze do premiera, że pozaciągał pożyczki, nie jest dobrze, szwagra komis nie daje rady, a trzeba jeszcze zięcia stolarnię podźwignąć... Premier myśli, myśli... Zwołuje radę premierów z podobnymi problemami. Razem decydują, że pomogą każdemu Kowalskiemu z każdego kraju. Po konferencji razem idą złożyć zamówienie do wielkiej drukarnii... Tak się zastanawiam przy okazji nad pewnymi faktami. Jesteśmy niemalże zmuszani do posiadania konta bankowego. Tymczasem z ostatnich niusów dowiedziałem się, że banki po dostaniu wytycznych od Europy na temat obowiązkowego dokapitalizowania stwierdziły, że przerzucą tę odpowiedzialność na obywateli podnosząc ceny usług i posiadania kont. Koniec końców wygląda na to, że eurodecydenci sięgają do naszych kieszeni po dokapitalizowanie banków. Druga sprawa nad którą się zastanawiam to wyemitowanie własnych obligacji. Wyślę je do skarbówki, zusu i innych instytucji gdzie tylko zostanę wezwany do zapłaty czegokolwiek. Skoro państwo może pluć mi w twarz mówiąc że pada, to dlaczego ja nie moje zrobić tego samego. Takie moje obywatelskie nieposłuszeństwo. Mam kumpla który stwierdził kiedyś, że ma zamiar napisać do Zusu, że zwraca się z uprzejmą prośbą o zwrot składek, gdyż ma zamiar w niedługim czasie popełnić samobójstwo i jest pewien iż tych składek nie wykorzysta poprzez zus. A jaki jest wasz pomysł na obywatelskie nieposłuszeństwo? Czekam na sugestie.

piątek, 20 lipca 2012

Być tatusiem

Na świecie pojawił się w końcu mój długo wyczekiwany syn. Czasem zastanawiałem się jak to jest z tym byciem tatusiem. Wiedziałem, że będzie wiele chwil trudnych, w których nie będę się umiał odnaleźć. Nikt wszak nie przygotowuje do bycia rodzicem. Czasem ktoś coś podpowiedział jak się przygotować do tej roli, czasem można coś było znaleźć w internecie. Ale wydaje mi się, że do bycia rodzicem przygotowuje samo dziecko. Gdy się rodzi wszystko inne schodzi na dalszy plan. Wraz z jego narodzinami zrodził się we mnie również strach o niego. Ten pierwszy strach jest najdziwniejszy. Moją odpowiedzią na ten strach było na początku wpatrywanie się w niego cały czas. Patrzyłem czy oddycha, a gdy maleństwu się odbiło tatuś z mamusią stali na baczność przy łóżeczku w jednej sekundzie. Bycie tatusiem to lekcja, która nigdy się nie skończy. To najpiękniejsze doświadczenie w życiu. W momencie gdy te malutkie oczka kierują swoje niewinne spojrzenie na mnie i tak się wpatrują nic innego nie jest ważne... I jeszcze jedna uwaga. Towarzyszyłem mojej żonie podczas porodu i towarzyszę jej w byciu rodzicem i tak dochodzę do wniosku, że macierzyństwo to absolutna magia. Niedouwierzenia było dla mnie cierpienie jakie znosi kobieta przy porodzie a siła, wytrwałość i upór z jakim roztaczą opieką dziecko to absolutnie niepojęta magia. Szacun dla wszystkich mam.

niedziela, 1 lipca 2012

Na równi pochyłej w dół

Europejskie szczytowanie (!) w piątek przyniosło ponoć kilka ważnych decyzji mające na celu powstrzymanie rozprzestrzającego się kryzysu. Będące w podbramkowej sytuacji Włochy wespół z Hiszpanią czują się zwycięzcami tego rozdania. Pytanie nasuwa mi się takie: czy przegranymi tej pokerowej zagrywki nie jesteśmy my - zwykli obywatele Unii Europejskiej. Jeśli decydenci na najwyższych szczeblach UE są zdania, że jednym z podstawowych zadań jest pompowanie pieniążków w banki to obawiam się iż pewnego niezbyt pięknego poranka zdamy sobie sprawę że oto byliśmy przez nich oszukiwani na niewyobrażalną skalę. Pompowanie pieniążków zapewnia krótkoterminowe odstresowanie, nie jest jednak żadną próba rozwiązania problemu u źródła. Jest to kupowanie czasu. A czas jest coraz droższy.... Krótką mamy pamięć, oj krótką. Polecam : http://www.obserwatorfinansowy.pl/2012/06/30/wielki-kryzys-niczego-nie-nauczyl-europy-i-usa/

niedziela, 10 czerwca 2012

A rzeczywistość przyzywa z oddali...

Śmiem twierdzić, że żyjemy w najgłupszych czasach jakie dane były ludzkości. Dlaczego? Hmm. Po pierwsze dlatego, że mamy prawie nieograniczony dostęp do informacji a wykorzystujemy go w stopniu znikomym. Po drugie dlatego, że mając świadomość istnienia rzeczywistości wirtualnej w nią właśnie się zatapiamy. Odreagowujemy szarość dnia codziennego kolorami świata wirtualnego. Znam ludzi, którzy do tego stopnia zatopili się w rzeczywistość wirtualną iż są w stanie twierdzić, że jej niecodzienność jest codziennością. Pochłania nas kłamstwo... Rozpędziłem się troszkę. Miało być ekonomicznie. W weekend obiegła światowe media informacja o pogrążonych w kryzysie hiszpańskich bankach, które wg słow oficjeli będą potrzebować wsparcia finansowego UE. Kwoty o których wspominano są różne w zależności od źródła informacji. Tak czy inaczej są to potężne kwoty, które mogą zawahać europejską gospodarką. Tymczasem pierwsze reakcje decydentów europejskich świadczą o tym, że tak naprawdę nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Deklaracja pomocy, być może i ważna powinna być obwarowana jakimkolwiek warunkiem, a takiego na horyzoncie dojrzeć nie można. Być może jest tak jak to pisał w swoim blogu prof. Rybiński istnieje kilka rodzajów standardów polityki ekonomicznej w zależności kto jest jej obiektem. Pomijając fakt stosowania podwójnych standardów w polityce europejskiej nie można nie zauważyć, że ratowanie systemu ekonomicznego (ciężko mi uwierzyć by było to jedynie ratowanie gospodarek państw) polega na drukowaniu pieniądza. Szczerze wierzę w to, że będziemy świadkami hiperinflacji przynajmniej w przypadku kilku gospodarek europejskich. Nawet szef FED (który słynie z zamiłowania do urządzeń drukarskich w mennicy USA ) pan Bernanke stwierdził że polityka monetarna nie może stanowić rozwiązania wszystkich problemów. Być może sytuację poprawiłoby szybkie cięcie ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Hiszpańskie banki nie powinny dostawać sygnału, że Europa będzie ratowała wszystkie instytucje finansowe w strachu przed kolejną falą kryzysu, gdyż takie działania mogą jedynie doprowadzić do powiększenia kryzysu z którym przyjdzie nam się zmierzyć już wkrótce.

Muzycznych inspiracji odsłona kolejna

Jest taki szwedzki zespół. Młody dodajmy zespoł, aczkolwiek w pewien sposób znalazł się w poanteonie MOICH kapel ( a nie jest łatwo się tam znaleźć). Zespół nazywa się Sabaton. Gra muzykę ogólnie rzecz ujmując metalową. Nie jest to dodam muzyka trudna. Jest to metal z rodzaju tych przystępnych każdemu słuchaczowi. Jest jednak w Sabatonie coś niepowtarzalnego. Tą niepowtarzalnością jest tematyka w której poruszają się Szwedzi. Kilka swoich ostatnich albumów poświęcili tematyce drugiej wojny światowej. Furorę w polskich mediach zrobiła piosenka 40:1 gdzie Szwedzi zaśpiewali o bitwie pod Wizną. Kolejną (choć może mniej rozsławioną) odsłoną polskiej tematyli był utwór pt"Upraising" traktujący o powstaniu warszawskim. Dla mnie jednak niekwestionowanym liderem playlisty Sabatonu pozostaje utwór pt"Final Solution" traktujący jak sama nazwa wskazuje o ostatecznym rozwiązaniu. Świetny klimat utwóru wespół z warstwą liryczną tworzą epicki i niezapomniany utwór. Polecam

niedziela, 3 czerwca 2012

Komentarz do spraw bieżących

A więc wymsknęło się panu prezydentowi Obamie to i owo. Nie powiem abym z tego powodu był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Trudno jest zrozumieć dlaczego głowa państwa okazuje się ignorantem. Nie przekonują mnie również przesłanki, że oto prezydent jedynie czytał napisaną mu przez kogoś przemowę. Czy znaczy to, że może wypowiadać każdą, nawet największą głupotę. Chyba nie. Po raz pierwszy w moim blogowisku napiszę, że spodobała mi się reakcja rządu - na te słowa. Chyba jest w końcu coś co połączyło wszystkich... Kolejna sprawa. Wiemy już, że media rzucają się jak sępy na każdy temat. A gdy wyczują krew, to tym szybciej "łapią" temat. Są jednak tematy, które powinny pozostać nietykane, są rany które powinny zostać nierozdrapywane. Trafiłem dziś przypadkiem na kolejną już z rzędu "gdybankę" publicystycznopodobną (może populistyczną bardziej byłoby na miejscu, gdyż publicystyki w tych nic nie wartych, żenujących przedstawieniach jest jak na lekarstwo). Gdybanka poruszała temat zachowań kibiców rosyjskich na Euro w kontekście kolejnej miesięcznicy. Sądzę, że takie sztuczne podjudzanie jest jak zaaplikowanie benzyny do ogniska. Dość mamy już swoich wewnętrznych problemów ze skłoconym społeczeństwem i nie potrzebujemy przenosić tego rodzaju problemów na arenę międzynarodową. Niestety mogę sobie wyobrazić do czego mogą doprowadzić takie dywagacje. Dlatego rzucam takie oto wyzwanie - pomilczmy! A jeśli już chcemy porozmawiać porozmawiajmy o piłce nożnej. Przenieśmy nasze emocje na intensywność kibicowania orzełkom. A propos orzełków to nie mogę nie odnieść się do wypowiedzi pana Jana Tomaszewskiego. Nie mogłem uwierzyć, że powiedział to co powiedział, a co powiedział chyba każdy wie. No cóż, od pewnego czasu próbuję zrozumieć, że wybrańcy narodu nie grzeszą elokwencją i inteligencją, aczkolwiek czasem udaje mi się o tym zapomnieć. Nie podoba się Tomaszewskiemu kibicowanie dwóm Francuzom i Niemcowi? Myślę, że pan Tomaszewski ma kompleks niespełnionego człowieka. Postawił swego czasu nie na tą kartę i cały czas ponosi tego konsekwencje, ale to już moja opinia. Przypomnę tylko, że gdy mieliśmy pukającego nieśmiale do Polskiej reprezentacji Podolskiego, to zatrzaśnięto mu drzwi przed nosem, a dziś kibicują mu Niemcy. Polska reprezentacje reprezentuje Polskę i żadne słowa tego nie zmienią. Mamy tutaj problem źle rozumianego interesu narodowego. Dla niektórych interes ten może być tylko i wyłącznie reprezentowany przez Polaków, z czym nie mogę się niestety zgodzić, z prostego powodu, że jeśli komuś zależy na interesie narodu Polskiego ten mało mnie obchodzi czy ta osoba mieszka we Francji czy Niemczech. Świat idzie do przodu,a podziały, które kiedyś tak chętnie były przez niektórych przypominane powoli tracą rację bytu. Tak na marginesie - nie mogę się oprzeć by nie użyć pewnego przykładu. Kilka lat temu szwedzki zespół metalowy Sabaton nagrał utwór pt:"40-1" opowiadający o bitwie pod Wizną, gdzie Polscy żołnierze w liczbie 360 żołnierzy stanęli naprzeciw 42 000 żołnierzy hitlerowskich niemiec. Nie pamiętam bym kiedyś usłyszał o tej bitwie na lekcji historii, a nawet jeśli to "przy okazji" a po piosence Szwedów pół Europy zna tę historię.

środa, 30 maja 2012

Akceptacja

Miałem coś opublikować o tolerancji, ale jakoś mi się usunęło, ale w związku z tym naszło mnie kilka przemyśleń ogólnikowych. Jednym z nich chiałbym się podzielić na łamach. Miałem w swoim życiu niebywałą okazję spotykać przeróżnych ludzi. Jednych bardziej interesujących, innych mniej. Życie nauczyło mnie jednak by nigdy nie skreślać nikogo z żadnego powodu. Będąc swego czasu w sanatorium uzdrowiskowym poznałem wielu ciekawych ludzi. Wszyscy cierpieli na takie lub inne choroby. Jednakże patrząc na każdego przez pryzmat człowieczeństwa ujrzeć można było nierzadko bogate osobowości. Każdy miał swoje cierpienia i szczęścia. Każdy kochał i nienawidził, szanował lub gardził. Każdy był (i jest) człowiekiem. I tylko przez człowieczeństwo postrzegaliśmy siebie nawzajem. Pamiętam jak pewnego dnia razem z kumplem robiliśmy sobie jaja ze sprzedawcy płyt muzycznych, który pojęcia bladego nie miał o swoim fachu i który ośmieszał się za każdym razem gdy próbował znaleźć odpowiedź na zadane pytanie. Gość, z którym robiłem sobie jaja ze sprzedawcy był niepełnosprawny w pewien określony sposób który dla mnie wtedy nie miał kompletnie znaczenie. Jego niepełnosprawnośc zaczęła dopiero coś znaczyć, gdy nasza wychowawczyni przyuważywszy nasze kawały w kierunku sprzedawcy płyt stwierdziła, że to ja robię sobię jaja z mojego niepełnosprawnego kolegi. Dostałem za to porządny opieprz. I szczerze mówiąc mam jej za złe do dziś. To ona bowiem zapisała pierwsze zasady w "tabula rasa". Ona to bowiem nakreśliła co jest OK a co nie. Ona to bowiem wyróżniła mnie i mojego kumpla, który nie wiedziałem, że jest różny ode mnie. Miałem też swego czasu autystycznego kumpla, którego mile wspominam z racji dzielenia się ze mną mandarynkami w czasach gdy mandarynki były towarem deficytowym. Nazajutrz po nocce pełnej mandarynkowych przygód on dostał opieprz, ja nie. Summa summarum wpajamy dzieciom, że akceptowanie odmienności jest OK, trendy i w ogóle fajne, ale nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że najfajniejsze jest traktowanie innych tak samo jak siebie. Najprostsze rozwiązania przynoszą jak najwięcej korzyści, więc nie wpajajmy żadnych norm naszym dzieciom, a oni sami nauczą się współegzystencji

Gdy wszechogarniająca ciemność zwiera swe podwoje

Gdy wszechogarniająca ciemność zwiera swe powoje u podnóża człowieczeństwa pozostaje tylko nadzieja. Gdy i jej źródło wysycha nie pozostaje już nic. Gdy bezwiednie podnosimy swe dłonie w akcie desperacji by dać upust zaprzeczeniu wiedząc że na końcu nie czeka nic prócz świadomości przegranej walki. Tylko wtedy wiem, że istnienie jest bezwolnym cierpieniem w środku burzliwej samozagłady

niedziela, 20 maja 2012

Z rozmów z R.

Niewiele przydarza się nadzwyczajnych momentów w życiu i dlatego chwile te warto pamiętać. "W życiu piękne są tylko chwile" jak swego czasu śpiewał Rysiek Riedel. Miałem kilka dni temu okazję jechać do domu z pracy ze znajomym, którego nie widuję często (i który szczerze mówiąc nie jest moim bliskim znajomym). Podczas tej krótkiej co prawda podróży mieliśmy niebywałą okazję podzielić się naszymi poglądami i spostrzeżeniami dotyczącymi świata w ogóle. Otóż R. stwierdził, że od dłuższego czasu nie jest w stanie pojąć tego co dzieje się na świecie i w jakim kierunku świat ów podąża. Stwierdził, że prawdziwymi gwiazdami w jego życiu są najzwyklejsi ludzie. "Umiałbym wyobrazić sobie moje życie bez wartych miliony gwiazd futbolu, kina czy estrady, lecz nie umiałbym sobie wyobrazić mojego życia bez pracy wartego grosze miesięcznie pracownika piekarni, kierowcy dostarczającego żywność do sklepiku w którym robię zakupy, czy rolnika, który codziennie wstaje gdy świta by potem cały dzień pracować w pocie czoła i kłaść się o zmierzchu po to bym mógł kupić owoce, warzywa, mięso..." mówił do mnie R. "Bohaterami są dla mnie ludzie, którzy ciężko pracują w pocie czoła by dobrze wykonywać swoją pracę, a nie Ci którzy zarabiają krocie na tym co lubią robić." Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym problemem w ten sposób i słowa R. poniekąd otworzyły mi oczy. Zobaczyłem inny punkt widzenia. Trudno mi się z tym człowiekiem niezgodzić. Przypomniał mi się film Zeitgeist o którym podczas jednych ze swoich wywodów już pisałem. Świat w którym żyjemy oddaje hołd pieniądzu. Pieniądz jest najwyższą wartością do której mamy dążyć i to posiadanie pieniądza da nam spełnienie i szczęście. Uśmiechnięte facjaty "tych, którym się udało" zerkające na nas z kolorowych czasopism, ogłaszanie listy najbogatszych, promowanie stylu życiu w którym liczy się maksymalizacja przychodów - to tylko niektóre przykłady zaszczepiania kultu pieniądza wśród społeczeństwa. Poddajemy się temu niestety bardzo szybko. Czy ktoś z nas umiałby powiedzieć sobie "dość, już nie potrzebuję mieć więcej". Szczerze mówiąc znam bardzo małą grupę ludzi, którzy umieliby tak postąpić. Nie każdy chciałby tak postąpić... Moim zdaniem potrzebujemy mentalnej rewolucji. Pisał swego czasu Nietzsche, że trzeba "przewartościować wartości", nadać im nowe znaczenie. To co do tej pory nam wpajano straciło sens i wiarygodność. Nie jest celem człowieka zdobywanie pieniądza. Zdobywanie pieniądza miało być drogą do tego celu, lecz gdzieś po drodze ten cel się rozmył. To niewiarygodne, że spekuluje się cenami zasobów naturalnych tylko po to by podbić ich cenę i sprzedać z większym zyskiem, niewiarygodne że z tego powodu najbiedniejsi ludzie stają się jeszcze biedniejsi a bogatsi jeszcze bogatsi. System zawiódł i potrzebujemy nowego. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Kolejną konkluzją, która nasunęła mi się po rozmowie z R. to fakt, że bardzo rzadko udaje nam się (wzoruję się na swoim przykładzie) spotkać na swojej drodze ludzi, którzy są inspiracją. Rzadko mamy czas rozmawiać z sobą. Nie "mówić do siebie" a "rozmawiać z sobą". Dwadzieścia pięć minut rozmowy z R. uczyniła moje życie bogatszym o ... niezmierzalne ilości bogactwa. Pytam się R. "a nie chciałbyś mieć większego domu, nowszego samochodu?" a on odpowiada "Wiesz, mam już swoje lata i szczerze mówiąc chciałbym cieszyć się życiem. Po co mi więcej? Tak długo jak będę mógł usiąść w ogródku i odpocząć na ławeczce a potem przytulić moją wnuczkę i porozmawiać z synem i synową podczas niedzielnego obiadu pozostanę szczęśliwym człowiekiem"...

Zdumiony

Ojcostwo jest strasznie dziwnym doświadczeniem o którym pisał nie będę z racji tego, że tatusiem dopiero będę i doświadczeń jako takich nie mam. Jest jednak kilka spraw, które wprawiają mnie w zachwyt i zdumienie nad niepojętą tajemnicą jaką jest życie. Miałem okazję uczestniczyć niedawno w spotkaniu "szkoły rodzenia", która swoją drogą jest ciekawą i pomocną sprawą (rozwiewa pewne wątpliwości i rodzi jeszcze więcej nowych), podczas której wyświetlony został film nakręcony zaraz po narodzinach. Film wyjaśniał zalety systemu "skóra do skóry" (noworodek, którego skóra stytka się z nagim ciałem matki odczuwa mniej stresu i jest spokojniejszy), ale co mnie w nim zdumiało to fakt, że ten mały człowiek od razu po urodzeniu złapał ustami za pierś matki i ssał mleko. Zdumiał i zachwycił mnie fakt, że mimo tego iż nikt nigdy nie szkolił tego malucha jak ma to robić, on to zrobił i było to prawie pierwszą rzeczą jaką zrobił po narodzeniu. Jedna z tajemnic życia, których nie rozumiem, a która mnie zachwyca.

środa, 16 maja 2012

17.05.

Czym jest małżeństwo. Pewnie wielu z was zadawało sobie to pytanie. Pewnie dla każdego z nas jest czymś zupełnie innym. Dla jednych jest poszukiwaniem samego siebie, dla innych poszukiwaniem sensu, a dla jeszcze innych archaiczną zinstytucjalizowanym związkiem. Z racji tego, że Ja jestem autorem tegoż poletka blogowego napiszę czym jest dla mnie. Otóż jest nieprzeniknioną tajemnicą drzemiącą gdzieś pomiędzy dwojgiem ludzi. Jest niejednym znakiem zapytania, świtem wielu odpowiedzi, chmurą, deszczem, słońcem i wiosenną bryzą spełnionej nadzieji. Jest wiecznym poszukiwaniem dwojga ludzi, szczęsciem w znajdowaniu odpowiedzi, smutkiem w ich braku. Jest jednością na tyle subtelną co czułą...

sobota, 12 maja 2012

Czas powiedzieć STOP!

Narastający kryzys zmienia wiele wokół nas. Od roku 2008 świat wygląda już zupełnie inaczej niż wcześniej. Bezrobocie w większości krajów UE rośnie, spada zatrudnienie i inwestycje. Rządy wielu krajów wprowadzają drakońskie oszczędności aby zatrzymać rozpędzoną machinę pod nazwą dług publiczny. Oszczędności te uderzają przede wszystkim w najbiedniejszych. W wielu krajach europy zachodniej rozbudowany system opieki socjalnej jest również poddawany znaczącym cięciom wydatków, co pociąga za sobą wielkie niezadowolenie społeczne. Cały organizm gospodarczy europy, ale także świata ulega poważnej zmianie. Jak świat ekonomiczny będzie wyglądał za 5-10 lat, tego nie jest chyba w stanie przewidzieć nikt, nawet najbardziej uzdolnieni wizjonerzy współczesnej ekonomii. Zmiany, które mamy okazję zaobserwować zachodzą jednak na wielu płaszczyznach. Zmienia się nie tylko nasza gospodarka, lecz także mentalność, polityka... Z niepokojem obserwuję od pewnego czasu proces, który wzbiera na sile od czasu wybuchu kryzysu w 2008. Jest to mianowicie stopniowy wzrost znaczenia ugrupowań skrajnie nacjonalistycznych. Za przykład może posłużyć nam Grecja. Tam kryzys dotknął jak na razie najbardziej. Tam też po ostatnich wyborach do parlamentu dostała się skrajnie prawicowa, antyimigrancka partia Złota Jutrzenka. Bojówkarze Złotej Jutrzenki wsławili się wśród greków tym, że "pilnują ich" przepędzając imigrantów, którzy (a jakże!) są odpowiedzialni za napady i kradzieże. Niestety gracka klasa polityczna zdaje się nie zauważać problemu. Choć może zdaje sobie sprawę, że ma tak niski posłuch wśród społeczeństwa, że w ogóle boi się podnosić alarm. Kolejnym przykładem jest wynik Le Pen w wyborach prezydenckich we Francji. Sarkozy miast odciąć się od pewnych poglądów politycznych zwęszył interes w ich pochwalaniu i żeby tylko dojść ponownie do władzy przymilał się do wyborców Le Pen. Społeczeństwa, które dotyka kryzys, nawet te najbardziej rozwinięte szukają odpowiedzi na pytania, w obliczu których zostali postawieni. Co jest źródłem kryzysu? Jak z nim walczyć? Co jest remedium? Odpowiedzi na te pytania są bardzo skomplikowane i dlatego też do głosu dochodzą ludzie, którzy pokazują drogę na skróty. Skoro mamy bezrobocie - usuńmy emigrantów i dajmy pracę obywatelom kraju. Skoro dzieje się coś złego obwińmy tych, którzy nie są w stanie walczyć jak równy z równym, ponieważ jest ich mniej. "Demokracja to rządy większości, a większość to idioci" śpiewał swego czasu Krzysiek Grabowski z Dezertera. Myślę, że miał poniekąd rację. Populizm płynie na fali społecznego niezadowolenia jak statek niesiony falą tsunami. Problem w tym że tsunami zabiera z sobą wszystko i zrównuje z ziemią... Skrajny populizm doprowadza do ostrych politycznych zakrętów. Powyżej dwa przykłady ostrych skrętów w prawo. Co jest za kolejnym zakrętem? W latach 30-tych ubiegłego stulecia na fali społecznego niezadowolenia do włądzy doszli populiści z NSDAP. Doprowadzili do tego, że świat musiał stanąć oko w oko z Bestią. Mija ponad 70 lat od jednej z najtragiczniejszych i najokrutniejszych wojen w dziejach ludzkości a my bezradnie patrzymy jak hasła które kiedyś wyprowadziły Bestie do władzy szaleją wokół nas. Być może przyszedł najwyższy czas by powiedzieć STOP!

piątek, 11 maja 2012

vanitas vanitatum, et omnia vanitas

Straszne... Miarowo i jednostajnie ukierunkowana głupota karmiona pychą choćby niewiem jak mądrze zapowiadana głupotą pozostanie. Cynizm podlany sosem populizmu śmie mówić o sobie jako o wyborze narodowym. Tracąc kontakt z rzeczywistością nie znaczy, że przestajemy w niej istnieć. Chociaż filozoficznie rzecz ujmując istniejemy w takiej rzeczywistości jaką sobie wykreujemy. Tym niemniej istniejemy wszyscy w jakiejś wspólnej rzeczywistości do której odnosimy się tak czy inaczej. I znowu poniekąd politycznie. Zastanawiam się czasem czym podyktowany jest moja idylliczna wiara w pozytywną przyszłość Polski. Zerkając od czasu do czasu w szklane oko rzeczywistość zdaje się przeczyć mojej wierze...

niedziela, 29 kwietnia 2012

Polecam wszystkim ciekawy wpis profesora Rybińskiego na jego blogu. W erze chłamu serwowanego w telewizorni pozostaje sieć (poki co jeszcze legalnym jest szukanie treści co wartościowszych). http://www.rybinski.eu/2012/04/redystrybucyjne-efekty-polityki-drukowania-pieniadza/

sobota, 28 kwietnia 2012

Pokolenie niestraconej szansy...

Kilka przemyśleń... Dorastałęm w momencie gdy Polska przechodziła przez jedną z największych transformacji w swojej historii. Nie pamiętam SB, ZOMO, UB oraz innych służb państwowego aparatu represji. W ogóle bardzo mało pamiętam z poprzedniego ustroju, co nie znaczy, że nie mam świadomości iż poprzedni system był wymierzony przeciw społeczeństwu i działał pod dyktando decydentów ulokowanych poza naszą wschodnią granicą. Gdzieś głeboko w mej pamięci mogę doszukać się obrazków z pierwszych wolnych wyborów w Polsce, rozmów rodziców na jakieś ważne polityczne tematy. Jesteśmy dwadzieścia kilka lat później. Świat nie stał w tym czasie w miejscu i bardzo wiele się wydarzyło. W dorosły świat wkroczyło moje pokolenie - ludzi, którzy dorastali w wolnej Polsce, ludzi którym wolno mówić to co myślą, wolno wybierać. Dorastaliśmy bez strachu, że to co powiemy zostanie wykorzystane przeciwko nam. Wolność jest dla nas czymś tożsamym z istnieniem w ogóle. Jest jednym z elementów składowych egzystencji. "Wolność - kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem" śpiewał swego czasu zespół Chłopcy Z Placu Broni... Jakiś czas temu natknąłem się na artykuł na temat tego pokolenia. Autor pisał w nim m.in. że pokolenie to "jedzie bocznym torem" wobec m.in. bieżących problemów politycznych. A znaczy to mniej więcej tyle, że nie przykłada zbyt wielkiej wagi do tego co dzieje się w polityce. Dlaczego? Ano dlatego, że być może nie czujemy, że mamy jakikolwiek wpływ na kształtowanie czegokolwiek mimo szczerych chęci. Politycy dopuszczają nas do wyborów raz na 4 lub 5 lat i na tym kończy się nasza rola. Reszta powinna być zostawiona dla wybrańców narodu (skoro już są wybrani to wg nich powinni podejmować oni wszelkie ważne decyzje). Debata publiczna jest dziś zdominowana przez niepotrafiących zachować się chamów obrzucających się bluzgami od prawa do lewa. Skutecznie obrzydzają oni chęć do włączenia się do rozmowy. Śmiem twierdzić że nasza klasa polityczna to chyba najbardziej niekulturalne towarzystwo w kraju. Szczuje się każdego na wszystkich. A tymczasem My żyjemy sobie z boku, tworzymy swoją własną rzeczywistość, w której potrafimy rozmawiać z ludźmi reprezentującymi poglądy zupełnie różne od tych, które wyznajemy. Mam kumpla z którym w przeszłości wiecznie się sprzeczałem w kwestiach światopoglądowych, aczkolwiek były to sprzeczki konstruktywne, ponieważ używaliśmy argumentów, nie epitetów (w przeciwieństwie do włodarzy naszego kraju). Potrafiliśmy też zaakceptować niektóre argumenty przeciwnika, a co najważniejsze potrafiliśmy też zrozumieć punkt widzenie iterlekutora. Chęć zrozumienia to moim zdaniem coś czego kompletnie nie istnieje w Polskiej polityce. Kolejną sprawą jest fakt, że często w polskiej polityce górę biorą problemy historyczne nad problemami bieżącymi. Uwagę zajmuje rozprawianie się z ludźmi, którzy w poprzednim systemie robili rzeczy, których robić nie powinni. Doszukujemy się ran, które się nie zabliźniły, by je rozdrapywać jeszcze bardziej. Z całym szacunkiem dla historii żyjemy w teraźniejszości. Historia powinna być pomocna w wyciąganiu wniosków ze zdarzeń, które minęły a nie determinować nasze działania względem teraźniejszości. Wyciąganie jakichś historycznych podziałów nie służy nikomu i jest skrajnym populizmem. To, że kogoś dziadek był np. w Wermachcie nie powinno wg mnie w żadem sposób wpływać na moje relacje z tą osobą, gdyż w taki sposób możemy doszukać się pewnie czegoś przeciwko każdemu (no chyba, że jest to docelowym zamiarem). Skoncetrujmy się zatem na przyszłości a historia niechaj uczy nas wyciągania wniosków... Przyjrzałem się temu pokoleniu ostatnio z bliska. Jest X który prowadzi swój mały biznes. Jest ciężko, ale cieszy się, że nikt na niego nie musi wrzeszczeć, bo nie wyrabia norm, jest Y, który co prawda zapieprza w fabryce, ale cieszy się, że udało mu się wziąć kredyt na budowę. Mówił, że wiele rzeczy potrafi sam zrobić, to może go taniej wyjdzie. Ktoś wyjechał za granicę. Mówił, że finansowo jest lepiej, ale tęskni do kraju. Chciałby kiedyś wrócić. Z kolei pani A pracuje w administracji i podczas rozmowy powiedziała mi, że próbuje pracować w innej mentalności niż jej starsi koledzy. Nie odsyła petentów z kwitkiem a stara się do każdego podejść z zainteresowaniem. Przyjrzałem się temu pokoleniu i stwierdziłem, że jak na warunki to i tak nieźle dajemy sobie radę. Jesteśmy ludźmi bez kompleksów i chcemy się rozwijać. A gdy my będziemy się rozwijać to i kraj będzie. Powinniśmy zatem mieć szansę na jeszcze więcej, by móc rozwijać swoje możliwości. Gdy dzisiejszy kwiat polskiej polityki osiągnie swój emerytalny wiek, być może to zrozumie. Oby nie było wtedy za poźno. xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

środa, 25 kwietnia 2012

Urlopowo

Jest czas na pracę i jest czas na odpoczynek. To co nazywamy odpoczynkiem różnorakie przybiera formy. Dla jednych jest to słodkie lenistwo przed telewizornią, dla innych wykonywanie setki zadań domowych, które przekładali na inny czas. Dla mnie jedną z najprzyjemniejszych form urlopowania jest spotykanie się z rodziną i znajomymi, których nie widziałem przez dłuższy okres czasu. Nic nie jest w stanie zastąpić mi tych chwil, kiedy wracam do ludzi, którzy kiedyś stanowili dla mnie ważny punkt w mojej drabinie wartości i gdy wracam do miejsc, któryś przywołują wspomnienia. Im rzadziej jest mi dane widzieć tych wszystkich ludzi, tym bardziej zauważam jak bardzo duża dokonała się w nich zmiana.

Spotkanie klasowe

Czasem staje się tak, że wkraczamy po raz drugi do tej samej rzeki. Są chwile, gdy czas zdaje się nie działać w sposób w jaki powinien i zatrzymuje się na chwilę. Jest czasem i tak, że pozwala nam staruszek czas wrócić nam w przeszłość, do minionych chwil, które zapadły nam w pamięć by choć na chwilę przeżyć je raz jeszcze. I w takich chwilach uświadamiamy sobie jak wiele się zmieniło, jak daleko pognał świat przez tych kilka lat. Powodem tych refleksji jest "spotkanie klasowe", w którym miałem przyjemność uczestniczyć i choć minęło wiele lat od chwili, kiedy po raz ostatni siedzieliśmy w szkolnych ławach, to oszukani przez czas poczuliśmy się jakby to było bardzo niedawno. Kolejną sprawą jest budujący fakt, że choć minęło niemało lat każdy mógł rozmawiać bez skrępowania, śmiać się z tych samych żartów. Jest to jednak kwestia ludzi i ich charakterów. Ja miałem to szczęście, że chodziłem do klasy w której ludzi byli mili, otwarci i mieli coś czego być może posiada niewielu a mianowicie zdrowy dystans do siebie i dlatego właśnie jestem przekonany, że choć minie kolejnych 10 lat to na następnym spotkaniu atmosfera będzie taka sama. Szacuneczek dla Was.

środa, 4 kwietnia 2012

W PUSTCE

Po raz kolejny spojrzałem na świat oczami innego człowieka. Często dyskutując z kimś na jakikolwiek temat próbuje wtapiać się w jego umysł, zespalać się z drogą, którą podąża. Tak czy inaczej świat, który ujrzałem przyprawił mnie o dreszcz. Był to świat szary, pozbawiony głebszych emocji, przyporządkowany pieniądzu jako wartości nadrzędnej. Poczułem się obco w tym świecie, lecz mój rozmówca roztaczał przede mną coraz to szerszy widnokręg pustego duchowo bytu. Poczułem się na tyle źle, że przerwałem rozmowę uciekając z tego miejsca. Najdziwniejsze było dla mnie jednak to, że On kocha to miejsce na swój własny sposób. Myślałem kiedyś, że życie bez jakiejkolwiek formy idei przewodniej w życiu, jakiejkolwiek duchowości jest bezdenną pustką. Otchłanią. Myliłem się. Okazuje się, że materializm może też być swoistą religią. Powinienem nie być zdziwiony. Wyznając zasadę, że miarą wszechrzeczy jest człowiek powinienem zaakceptować taki stan rzeczy, jednak coś we mnie próbuje stanowczo oponować. .................................................. "Jeżeli nie istnieje żadna wieczna świadomość w człowieku, jeżeli na dnie wszystkiego czai się tylko dziko działająca moc, która kłębiąc się w wirze ciemnych namiętności zrodziła wszystko to, co było wielkie, i to, co nie miało żadnego znaczenia, jeżeli pustka bezdenna i nigdy nie nasycona kryje się pod wszystkim, czymże innym staje się życie, jeśli nie rozpaczą? Jeżeli tak jest, jeżeli nie ma żadnych świętych więzów łączących ludzkość, jeżeli pokolenie za pokoleniem powstaje jak liście w puszczy, jeżeli jedno pokolenie przychodzi na zmianę drugiemu, jak następują po sobie śpiewy ptaków w lesie, jeżeli pokolenia mijają, idąc przez życie jak okręt po morzu, jak wicher na pustyni, jak bezmyślne i bezowocne działanie, jeżeli wieczne zapomnienie zawsze czyha na swą zdobycz i nie ma rzeczy, która by była dość silna, aby wyzwolią od tego? Jakże puste i beznadziejne wydaje się życie!" — Søren Kierkegaard

piątek, 30 marca 2012

Falsum etiam est verum, quod constituit superior

Z okien mojego domu mogłem ostatnio zaobserwować jak panika paliwowa na brytyjskich stacjach zatacza coraz większe kręgi. Sytuacja stała się napięta po tym jak jeden z ministrów w rządzie Davida Camerona zasugerował kierowcom napełnienia baków samochodów by mogli tym samym uniknąć problemów w razie strajku kierowców cystern zrzeszonych w związku zawodowym Unite. Wywołał tym samym falę tsunami. Kierowcy ruszyli na stacje benzynowe stojąc nawet w kilkuset metrowych korkach. Średnia sprzedaż paliwa wzrosła o ok.50 procent, czego efektem jest całkowity brak paliwa w niektórych miastach. Ministrowi dostało się od straży pożarnej za nawoływanie do przechowywania paliwa w kanistrach co może stanowić podwyższone ryzyko (lub w przypadku posiadania w domu określonej ilości benzyny jest całkowicie sprzeczne z prawem). A rząd w związku z rozwojem sytuacji musiał zwołać posiedzenie specjalnej antykryzysowej grupy. Tyle faktów. Wypowiedź nadgorliwego ministra wywołała najpierw spore poruszenie, a w chwili obecnej sytuacja graniczy z paniką. Nasunęło mi się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze instynkt. Możemy być niewiem jak rozwiniętym społeczeństwem być, a instynkt poprowadzi nas tam gdzie zechce. W sytuacji zagrożenia, jakiekolwiek by ono nie było, do głosu dochodzą głosy, które normalnie są w stanie uśpienia. To właśnie instynkt. Brak racjonalności postępowania tylko instynktem jestem w stanie wytłumaczyć. Poprzedzony rzecz jasna musi być paniką, gdyż jest to wg mnie jeden z elementów składowych uruchomiania zachowań instynktownych. A panika jest owocem lęku. I tutaj pojawia się feralny minister. Tak naprawdę czasem dochodzę do wniosku, że społeczeństwo które uważa się za demokratyczne i wolne jest łatwiej sterowalne, gdyż nie zauważa subtelnych symptomów zniewolenia i przyswaja je jako normę. Ale to tylko luźna uwaga na marginesie. Drugie spostrzeżenie jest natury jedynie zlepkiem pewnych faktów (luźnych nie powiązanych z sobą na pierwszy rzut oka). Nie jest to bynajmniej żadna sugestia z mojej strony. Co to, to nie! A więc panika została zasiana pod koniec marca. Zbliżają się Święta Wielkanocne, więc dłuższy weekend. Jak co roku o tej porze społeczeństwo wybiera się tu i ówdzie by spotkać się z najbliższymi lub trochę dalszymi. Wiąże się to nierozerwalnie ze wzmożonym ruchem na drogach (tym bardziej przy tak dobrej pogodzie). Jak co roku o tej porze kończy się rok podatkowy. Z doświadczenia wiem, że w ciągu roku firmy czasem "stają na głowie" by móc sprzedać towary przed końcem miesiąca by móc je zaksięgować na mijający miesiąc "reperując" tym samym księgowy obraz miesiąca. Tym większa presja jest na koniec roku podatkowego. Czytałem niedawno w jednym z portali informacyjnych, że brytyjski PKB balansuje na krawędzi plusa i minusa. Nawet najmniejsze dane makroekonomiczne mogą przeważyć szalę na plus lub minus. Czy ponadpięćdziesięcioprocentowy wzrost sprzedaży paliwa w końcówce roku podatkowego oraz, co za tym idzie znaczny wpływ do budżetu z tytułu akcyzy może przeważyć szalę? Czy w sytuacji kiedy agencje ratingowe zastanawiają się nad obniżeniem ratingu Wielkiej Brytanii spadek PKB byłby dobrych dla nich sygnałem. Odpowiedź pozostawiam Wam drodzy czytelnicy...

poniedziałek, 26 marca 2012

Coś nie tak

Krótkie przemyślenie na temat obecnej rzeczywistości nasunęło mi się po usłyszeniu melodyjki samochodu lodziarza. Zazwyczaj melodia ta ma ogłaszać że oto lodziarz się pojawia i dzieciaki mogą atakować. Mnie pierwsza myśl, która się nasunęła po usłyszeniu tej melodii to kojarzenie jej z psychopatycznymi horrorami lub inszymi thrillerami. I oto dochodzę do wniosku, że społeczeństwo XXI wieku jest chore (niestety na własnym przykładzie). Co się stało, że oto wesoła melodyjka kojarzy mi się z psychopatycznym mordercą . Co takiego dzieje się w społeczeństwie, że facet który da dziecku lizaka to pedofil (dzięki za rewelacyjny przykład dla piotrp). Żyjemy w chorych czasach, które karmią nas odhumanizowanymi obrazami. Jesteśmy atakowani z każdej strony miliardami informacji, słów, gestów, obrazów które przepojone są jadem, nienawiścią, podstępliwością, podejrzeniem. Wszyscy przeciwko wszystkim. Jesteśmy żołnierzami w armii nienawiści walczącej z człowieczeństwem. Kłamie kto mówi, że oto jesteśmy świadkami postępu cywilizacyjnego. Być może jesteśmy świadkami postępu technologicznego, ale na pewno nie cywilizacyjnego. Cywilizacja rodzi jakieś relacje międzyludzkie i je podtrzymuje na określonym poziomie. To co obserwujemy teraz to całkowity rozkład tych relacji. Stajemy się globalną wioską pełną samotnych ludzi. Tak, jesteśmy samotni w tłumie. Warto zatem zastanowić się czasem nad naszym jestestwem. Warto zdać sobie sprawę z globalnego wymiaru naszej małostkowości i wybrać inna drogę. Zamiast chłonąć truciznę aplikowaną nam co dnia w środkach masowego przekazu zachłysnąć się świeżym powietrzem w pełnym słońcu i odpocząć tak po prostu. Być może i inni na tym skorzystają.

niedziela, 4 marca 2012

Duch czasów

Miałem ostatnio chwilę czasu na nadrobienie zaległości filmowych. W związku z powyższym zdecydowałem się na obejrzenie filmu pt "Zeitgeist - Addendum". Film ten leżał w mojej poczekalni od dłuższego czasu. Pierwszym moją reakcją było przerażenie. Od dawna wiedziałem (pewnie jak wszyscy ), że system który zaprojektowana z myślą o społecznym dobrobycie w rzeczywistości nie działa tak jak powinien. Jest dysfunkcjonalny i pogłębia rozwarstwienia społeczne za pomocą sprytnych mechanizmów o których być może i wiemy ale ze względu na jego zawiłości nie do końca rozumiemy. Film świetnie opowiada o tych mechanizmach, podaje przykłady a autorzy filmu przeprowadzają wywiady z ludźmi, którzy rzekomo uczestniczyli w działania ów mechanizmów. Od dawna zadawałem sobie pytanie jak to możliwe, żeby pieniądze były cały czas pożyczane i nikomu to nie przeszkadza. Doszedłem do wniosku, że tak naprawdę to my wszyscy pracujemy za obietnice. Ktoś gdzieś obiecał komuś, że zapłaci za coś, ale skoro nie miał pieniędzy to pożyczył od banku, który to pożyczył je z kolei od rządu, który to z kolei je wydrukował. Częstym przykładem ekwiwalentu tych pieniędzy są obligacje, czyli papierki na których instytucja emitująca te papierki zobowiązuje się do ich wykupienia po określonym czasie za ich wartość nominalną plus z góry ustalone odsetki. A gdy przychodzi do ich wykupienia instytucja emituje następne obligacje, itd. Chodziły mi po głowie pewne szalone pomysły (jak np. wysłanie do skarbówki oświadczenia, że od dziś będę płacił podatki moimi własnymi obligacjami :-)I tak po pewnym czasie zetknąłem się z "Zeitgeist". Szokiem nie była dla mnie informacja jak jest, tylko jak proste jest to co jest, jak łatwo jest manipulować ludźmi. Z punktu widzenia nabytej wiedzy inaczej postrzegam teraz problem Grecji i jej zadłużenia. Ciekawe kto tak naprawdę sprawuje teraz kontrolę nad tym krajem? Banki? Unia Europejska? A może wielkie konsorcja które za kurtyną czekają na kontrolowane bankructwo i nakazy przywódców UE (którzy de facto trzymają Grecję na smyczy w postaci pomocy finansowej) by Grecja zaczęła spłacać długi i prywatyzować kolejne sektory gospodarki. Wtedy to wkroczą ze swym kapitałem... System monetarny jest rzeczywiście skorumpowany w ekstremalnych rozmiarach. Bardzo zainteresowała mnie sprawa niejakiego Jerome'a Daly. Zeitgeist przytacza jego osobę w kontekście sprawy jaką założył bankowi The First National Bank of Montgomery. Bank odebrał mu dom ponieważ Daly nie spłacał hipoteki. W związku z tym Daly oskarżył bank o to, że tak naprawdę nie pożyczył mu pieniędzy które posiadał, ale wykreował je w momencie udzielania kredytu. Polecam poczytać w internecie. Jednym z mniej wiarygodnych puktów filmu był dla mnie fragment w których wypowiada się Jacque Fresco autor The Venus Project. Neguje on system monetarny i forsuje swój pomysł na system oparty na surowcach ziemii. Skojarzenia wędrują w kierunku XIX wieku i komunizmu. System Fresco choćby nawet i jeden z najlepszych nie bierze pod uwagę że żaden człowiek nie jest taki sam i przemilcza nasze "brudne" cechy jak pazerność. Reasumując film zrobił na mnie ogromne wrażenie i mam zamiar obejrzeć kolejne dwie jego części w niedalekiej przyszłości. Polecam wszystkim, którzy poszukują wiedzy.

wtorek, 21 lutego 2012

Zdumiony

Zdumiony jestem ostatnią wypowiedzią pana premiera Pawlaka na temat emerytur. Jest to wg mnie szczyt odwagi lub szczyt głupoty. Niestety nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie który to ze szczytów jest. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: idziemy z workiem pieniędzy do naszego banku i pytamy w okienku czy moglibyśmy te pieniądze wpłacić na nasze konto oszczędnościowe, na to pani z okienka stwierdza, że jej zdaniem sytuacja w banku pozwala jej mniemać, że nasze pieniądze zostaną "utopione" po ich ulokowaniu na koncie. W pierwszej chwili, gdy o tym sobie pomyślałem uśmiechnąłem się pod nosem, lecz szybko ten uśmiech mi zniknął z twarzy, bo oto uświadomiłem sobie, że o ile w wypadku lokowaniu naszych oszczędności mamy taki czy inny wybór o tyle w wypadku gromadzenia OBOWIĄZKOWYCH środków na naszym koncie emerytalnym przez państwo takiego wyboru już nie posiadamy. Czy nie byłoby zatem lepszym rozwiązaniem wzięcie na siebie ryzyka odpowiedzialności emerytalnej. Niestety nasz wybór w tej kwestii jest żaden. Rzecz jasna istnieje możliwość zabezpieczenia się drugim, trzecim czy czterdziestym siódmym filarem, ale co z naszymi pieniędzmi na kontach ZUS. Czy wypowiedź wicepremiera naszego rządu mamy odczytywać jako sygnał, że płacimy składki, które i tak już są "utopione"?

środa, 8 lutego 2012

ŚWIAT MNIE WKU...

TAAA... Krótko, zwięźle i na temat w samym tytule posta. A co mnie w tym świecie tak wku....? Kłamstwem byłoby określić jedna jedyna taką rzecz, aczkolwiek ostatnimi czasy wku.... mnie fakt, że tak łatwo ocenia się ludzi, o których na dobrą sprawę niewiele lub nic nie wiemy. Przykład z ostatnich dni. Pewnie każdy słyszał o małej Madzi, która rzekomo zaginęła, a okazało się, że nie żyje. Wstrząsnął opinią publiczną fakt, że matka małej Madzi okłamała wszystkich i w czasie gdy całe miasto jej szukało ona już nie żyła. Sam nie jestem w stanie zrozumieć przesłanek jakimi matka się kierowała. Tym niemniej fakt, że nie jestem w stanie ich zrozumieć nie świadczy o tym, że jest ona winna lub niewinna. Nie mnie to oceniać. Moge mieć swoją opinię na ten temat, podobnie jak na wiele innych tematów posiadam takową. Nie znaczy to jednak że mam prawo do oceniania kogoś. Wstąpiwszy dniami ostatniemi na szajsbuka spostrzegłem że tematen numerem jeden fejsowej gawiedzi stała się matka Madzi tu postrzegana jako wróg publiczny numer jeden. Podejrzewam, że gdyby istniała opcja wymierzenia samosądu i kary online mama małej Madzi już byłaby przy córce. Dziwi mnie ten fakt niezmiernie. Załóżmy że był to wypadek a mama po prostu spanikowała. Zakładam, że niecodziennie zdarzają się takie wypadki i zapewne wielu z nas w takiej sytuacji nigdy nie było. Czy grzechem za który karze się matkę jest w tej sytuacji jej nietypowa według nas reakcja? Co z ludźmi którzy decydują się z własnej nieprzymuszonej woli usunąć dziecko? Jestem przeciwny aborcji, ale nie oceniam kobiet które aborcji się poddały, gdyż to nie ja jestem w ich skórze, nie ja żyję ich życiem, nie ja posiadam problemy, które one posiadają. Co z ludźmi, którzy co niedzielę zasuwają do kościółka z rączkami złożonymi do modlitwy, a po wyjściu z Domu Bożego poproszeni o 2 zł od żebraka na bułkę odsuwają się z obrzydzeniem, bo nie wypada, bo pewnie przechleje, bo lepiej nie zauważyć. Brak reakcji to też reakcja tyle że negatywna. Czy ich zdjęcia widzimy na fejsie przerobione w photoshopie z żebrakiem w tle i podpisem. Nie. I po raz kolejny nie mnie jest ich oceniać, bo jak każdy z nas popełniam błędy i sam będę musiał stawić czoła ocenie swoich czynów. Nie oceniajmy więc innych. Nie chcę moralizować, ale zbudzić wyrzuty sumienia! Jezus powiedział kiedyś "Jak możesz mówić swemu bratu: "Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku", gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata." Tego się trzymajmy.