czwartek, 12 grudnia 2013

xxx

Gdy kogoś fascynuje muzyka tak mnie jednym z najwspanialszych uczuć jest moment, gdy odnajduje się białego kruka. Mam 2 takie utwory, których nazw nie znam, ani wykonawców, a wiem tylko jak brzmią. Jednego z tych utworów kawałek nagrałem na kasecie magnetofonowej 12 lat temu, by później stworzyć elektroniczną kopię w wersji mp.3. Pisałem do autora audycji, w której utwór ten usłyszałem i nic, nie pomógł. Wpisywałem tekst ze słyszenia w google i nic, pisałem na różne fora i nic, aż tu nagle...
Dziś wieczorem przeglądając bibliotekę muzyczną natknąłem się na ww utwór. Postanowiłem raz jeszcze sobie go odtworzyći postanowiłem ze słuchu raz jeszcze wyguglować tekst. Chyba mój angielski troszkę się poprawił, bo oto moim oczom ukazała się nazwa kapeli, tytuł albumu i piosenki wraz z tekstem :-)

Pozostaje jeszcze tylko jeden nierozgryziony kawałek, ale... czy naprawdę chcę dowiedzieć się jak się nazywa. Nie mam nawet kopii, a muzyka po 12 latach nadal żywa w mojej głowie...

piątek, 29 listopada 2013

Dowód

I hold my breath and check the time
One minute no collapse
If you only knew what I would do for you
One thirty breathing lapse
We're going in my voice is thin
When I tell you to remember
That no one will find you
My promise from the heart
If we part my pulse will guide you through

Be still for a moment
Everything depends upon you
If you die I will die too
Once we were heroes
But everything has changed since then
Now they recognize you too

I stay too long something's wrong
You walk out of the picture
I hold my breath and check the time
One thirty i collapse
We went in my voice was thing
When I told you to remember

I'm the evidence
You passed the test and that's so good for you
O love will you read the letters I will send to you
Will I come along
Will they let me out to take the test
O love is the score enough for me to pass the test

czwartek, 28 listopada 2013

Powątpiewając w umysł

Kilka już tygodni zbieram się do napisania kilku słow wobec wydarzeń, które zaistniały medialnie. 11 listopada tego roku każdy święcił jak umiał najlepiej. Od kilku lat stopniowo dociera do mnie, że Polska dla mnie znaczy coś więcej niż kiedyś myślałem. Późno obudzony patriotyzm? Chyba nie. Patriotyzm to zbyt wielkie słowo. Patriotyzm w moim odczuciu jest swego rodzaju czynnym manifestowaniem, a nie biernymi przemyśleniami. Ni i o to czynne manifestowanie mi się rozchodzi. Ujrzawszy medialne doniesienia na temat wystąpień pewnych grup 11 listopada zrobiło mi się po prostu głupio i wstyd. Wstyd, że nie potrafimy docenić wartości wywalczonej wolności. W zaledwie dziewięćdziesiąt kilka lat po jej uzyskaniu potrafimy nie doceniać jej wartości. Doprawdy jest to zadziwiające. Pewnie nie napisałbym tego posta, gdyby nie dwoje białostockich działaczy czegoś tam, którzy podczas uroczystości z okazji listopada zasalutowali w sposób, który kojarzy mi się jedynie z hitlerowcazmi. Wiem, wiem - stare pozdrowienie rzymskich żołnierzy. śmiem jednak twierdzić, że nie takie były ich intencje. I właśnie takich zachowań nigdy w życiu nie będę w stanie pojąć ani zaakceptować. Jak można nazywać się patriotą a przy pomnikach żołnierzy unosić dłoń w geście w którym pozdrawiali się mordercy tychże żołnierzy?

wtorek, 29 października 2013

Nie

Czasem nawet aniołowie nie rozumieją boskiego zamysłu... Ludzkość przeszła wielką drogę do dnia dzisiejszego. Poznajemy świat wokół nas, poznajemy świat w nas. Umiemy skonstruować maszyny pracujące za nas, walczymy z chorobami coraz skuteczniej. Każdego dnia nasza rzeczywistość coraz bardziej pracuje dla nas. Są jednak wydarzenia wobec których nasze umysły i dusze pozostają bezbronne. Stajemy czasem w obliczu sytuacji gdy coś nas przerasta. Są czasem takie chwile, gdy bezsilność staje się bronią. Śmierć strasznie spowszedniała w ostatnich czasach. Wielka w tym zasługa mediów (i naszych dziwacznych instynktów pewnie też). Czasem śmierć nadchodzi w tym swoim czarnym welonie akurat tam gdzie byśmy najmniej się spodziewali. I wtedy jest okrutna, bo zbiera żniwo, tam gdzie nigdy nie powinna. I wtedy aniołowie płaczą...

Tadeuszowi

Zawsze fascynowali mnie ludzie, którzy niewiele mówili, ale to co powiedzieli miało wielką wagę. Ludzie, którzy ważą swoje słowa i wypowiadają je w sposób umiejętny, roztropny z szacunkiem nie tylko dla swojego rozmówcy, lecz także dla języka i kultury w ogóle. W czasach gdzie wszyscy śpieszą się powiedzieć swoje i prawie nikt nikogo nie słucha, jest to cecha bardzo rzadko spotykana. Jedną z takich osób był dla mnie Tadeusz Mazowiecki. Przykra wiadomość nadeszła niespodziewanie. Tym niemniej ś.p. Tadeusz Mazowiecki pozostanie w mojej pamięci osobą, którą darzyłem wielkim szacunkiem. Spoczywaj w pokoju.

piątek, 6 września 2013

...

Sytuacja wygląda następująco: Olivier ma już 12 miesięcy z kawałkiem i dzięki temu, że zaczął już jakiś czas temu chodzić próbuje badać świat który rozpościera się wokół. Najlepszym sposobem na badanie tego dziwnego świata jest dotykanie wszystkiego, smakowanie i ogólnie badania sensoryczne. Nie zawsze jest to dobry pomysł. Czasem taki sposób poznawania świata jest brzemienny w skutkach. Machanie takim np. kawałkiem drewna może w chwilę zamienić się w guza na głowie. Nie zniechęca go mojego syna w ogóle. Martwi to jednak jego rodziców, którzy widząc kolekcję zadrapań i guzów zastanawiają się jak tu urządzić dom, by był jeszcze bardziej przyjazny naszemu małemu odkrywcy. Dziś byłem z Olivierem na zajęciach w świetlicy. Odkryłem coś co poniekąd mnie uspokoiło. Zauważyłem, że częstotliwość uderzania się u innych dzieci jest podobna do częstotliwości występowania tego u Oliviera. Może nie powinienem się uśmiechać, gdy jakieś dziecko się uderzyło zabawką i płakało, ale był to uśmiech będący wyrazem uświadomienia sobie, że potrzebowałem zobaczyć jak inne dzieci są nieostrożne by zrozumieć, że Olivier nie jest mniej ostrożny niż inni :-) Bycie rodzicem to ciągłe uczenie się. Nasz syn uczy się żyć, a my uczymy się Jego :-)

środa, 28 sierpnia 2013

Komantarz do spraw bieżących

Niestety... Miałem tę nieprzyjemność oglądać program informacyjny. Nasuwa mi się kilka przemyśleń, które wrzucam tutaj. A więc 460 wybrańców narodu debatowało na Wiejskiej w sprawie budżetu. Minister finansów przyznał, że się pomylił. Szacunek. Lecz to co powiedział chwilę później zmusza mnie do powątpiewania w jego zdolności logicznego myślenia. "...ale inni też się pomylili". Wow, no to po takim argumencie człowiek może naprawdę odetchnąć. Minister Finansów dużego państwa europejskiego argumentuje (czy był to argument czy też próba stworzenia tła dla danej sytuacji nie wiem) swoją pomyłkę, pomyłką innych. Jakich my czasów doczekaliśmy. Nie tak dawno chwaliliśmy się, że jesteśmy Zieloną Wyspą. Śmiem twierdzić, że gdyby i w Polsce recesja się pojawiła to bylibyśmy Czerwoną Wyspą, ale idąc tropem myślenia Jacka Vincenta Rostowskiego "inni też byli czerwoną wyspą"... Druga sprawa. Wszystkie media przytaczały rocznicę słynnego przemówienia Martina Lutera Kinga, które na trwale wpisało się w historię walki z rasizmem i dyskryminacją. Przy tej okazji wypowiadali się różni uczeni. Jedna wypowiedź zwróciła szczególnie moją uwagę. Facet powiedział, że w Polsce nie mamy nikogo wśród polityków kto w ciągu ostatnich dwudziestu lat powiedziałby coś co stanowiłoby swego rodzaju ideologiczną deklarację (nie pamiętam dokładnych słów, ale sens był mniej więcej taki). Powodem takiej sytuacji jest fakt, że zamykamy się poniekąd na własne życzenia w naszej zaściankowości. Dążymy do tego by być traktowani jako kraj z którym się powinno liczyć na świecie, tymczasem koncentrujemy się na naszym własnym podwórku, a rzeczy które dzieją się na świecie to sprawy drugorzędne, mniej istotne. Wg mnie taka sytuacja powinna się zmienić o 180 stopni. Polska polityka powinna przedefiniować swe priorytety i mniej zajmować się sama sobą a więcej zajmować się problemami, które mają pośredni lub bezpośredni wpływ na nasze życie. Coraz więcej niestety słyszę informacji na temat tego kto komu kiedy i co powiedział, kto kogo gdzie ma a kogo nie ma, kto nie powinien mówić tego co mówi, a kto powinien. Ludzie! Ogarnijcie się. Sprawiacie, że wasza obecność na szklanym ekranie przyprawia o mdłości. No i ostatnia sprawa, która poniekąd nawiązuje do sprawy numer dwa. Odbyły się wybory na prezesa partii PO. Najważniejsze, co zrozumiałe była walka dwóch kandydatów. lecz jest coś co nie daje mi spokoju. Frekwencja. Jak partia rządząca może mieć moralne prawo do nakłaniania obywateli do pójścia do wyborów podczas gdy w jej własnych szeregach tylko połowa członków była zainteresowana wyborem najważniejszego stanowiska w partii. Na litość boską! Jeżeli ktoś zapisuje się do partii, to chyba dlatego, że w jakiś sposób identyfikuje się z tym co dana partia głosi. Wydaje mi się, że połowa która nie zagłosowała to po prostu aparatczycy, którzy są w partii by mieć z tego jakieś korzyści. To tyle. Idę spać.

sobota, 24 sierpnia 2013

Powracam

Powracam po dłuższej przerwie spowodowanej moim letnim lenistwem i odkładaniem bazgrania na blogu na inny moment bliżej niezlokalizowany w czasie. To już minęło. Czas coś napisać. W ciągu ostatnich kilku tygodni wydarzyło się tak wiele, że nie sposób wszystkiego opisać od razu. Najważniejsze - Olivier skończył rok. Niesamowite jak szybko czas ucieka. Lub inaczej - niesamowite jak bardzo umiem marnować czas. Miałem zamiar ponarzekać na system, że jest tak zaprojektowany, że nie możemy korzystać z życia tylko musimy pracować jak zaprogramowane roboty całe życie by odebrać głodową emeryturę na koniec naszego szarego życia i stać godzinami w kolejkach do lekarza, który i tak nas nie przyjmie. Miałem zamiar narzekać, ale nie będę. Olivier skończył rok. Przez kolejne 365 dni mogłem obserwować jak każdego kolejnego dnia rodzi się w nim ciekawość świata. Każdego kolejnego dnia coś nowego zostawało odkryte po raz pierwszy. Dzieci mają tę niesłychaną ciekawość świata, tak naturalną. Przyglądając się swemu małemu synkowi czasem uświadamiam sobie, że to małe dzieci wiedzą co tak naprawdę ważne w zyciu. Te małe niezapisane tablice, nieskażone przez chciwość, władzę, nienawiść, podziały, które tak bliskie są ich rodzicom...

wtorek, 21 maja 2013

Z Kapuścińskim spotkanie pierwsze

Musi to być jakieś dziwne zrządzenie losu, że w całej mojej historii czytelnika nigdy nie było mi dane zetknąć się z postacią Ryszarda Kapuścińskiego. Czas ten jednak nadszedł i ostatnio przeczytałem książkę, która jest swego rodzaje wywiadem z nim dokonanym na przestrzeni lat. Nosi ona tytuł: "Nie ogarniam świata". Po raz kolejny zetknąłem się z sytuacją, gdy coś naprawdę zachwycającego i wartościowego spotyka mnie jakoś tak samo od siebie. Nigdy nie trafiam na rzeczy wybitne celowo. Zawsze najistotniejszą rolę odgrywa tu przypadek. Wracając do tematu. Kapuściński zachwyca mnie swoim podejściem do świata. Jego ciekawość jest naturalna. Wynika ona z potrzeby wiedzy. W dzisiejszych czasach nie możemy opędzić się od potrzeby wiedzy jednego rodzaju, a mianowicie potrzeby wiedzy na użytek jakiejś teorii. Znaczenie słowa wiedza zostało zmienione. Wiedza jest tylko tam, gdzie leży głoszona teoria, reszta to wymysły, bzdury lub kłamstwa. Jakże zatem świeżym powiewem jest wiedza, której pragnie Kapuściński. Nie ma tutaj miejsca na krytykę czy oskarżenia. Nie ma miejsca na odrzucanie jednych teorii, a uznawanie innych. Jest relacja reportera, takim jaki widzi świat. I dzięki temu w czytelniku potrzeba zgłębienia wiedzy, którą mu już dostarczono. Po tych kilkuset stronach arcyciekawego wywiadu stwierdzam, że moja przygoda z twórczością pana Kapuścińskiego dopiero się rozpoczyna.

piątek, 17 maja 2013

Mgnienie

Nostalgicznie. Czym jest nasze istnienie? Czym jawi sie ono wobec zawiłości i ogromu świata w którym przyszło nam żyć. Nic nie znaczącym mgnieniem. Jakimś bliżej nieokreślonym ruchem w przepastnej czeluści nieustannie zachodzących procesów. Życie biegnie szybciej niżbyśmy sobie życzyli. Ten pociąg nie czeka na nas. Jedziemy lub wysiadamy. Słyszałem kiedyś gdzieś taką fajną sentencję: "Dziś jest pierwszy dzień reszty Twojego życia" i jakoś tak mi się skojarzyło. Czas biegnie nieubłagalnie, lecz istnieje on jedynie w naszych głowach. Gdzieś w dali majaczy bezczas...

niedziela, 10 marca 2013

Face-bóg?

Dochodzę niestety powoli do konkluzji, że portale społecznościowe sieją spustoszenie w relacjach międzyludzkich. Idea tego typu portali była taka, że miały ułatwiać komunikowanie miedzy ludźmi i tworzyć społeczność. Miast tego mamy do czynienia z oceanem na którym pływa setki tysięcy łódeczek bez ładu i składu. Wpadając od czasu do czasu na "fejsa" lub inszą "naszą klasę" mam wrażenie że dziewięćdziesiąt procent społeczności to ludzie którzy mówią sami do siebie. Wyrzucają jak mantrę jakieś stwierdzenia, linki, posty w nadzieji, że ktoś je skomentuje podczas gdy w rzeczywistoci większość ma to gdzieś. No bo co mnie może obchodzić wylewanie czyichś pomyj publicznie. Lub co mnie może obchodzić, że ktoś lubi coś co ktoś inny lubi, że ktoś inny napisał. Takie upraszczanie języka kojarzy mi się trochę ze stwierdzeniem typu: "Kali być głodny, Kali jeść słonia"... Spłycanie naszego przebogatego języka i zamykanie relacji międzyludzkich w w podniesionym kciuku spowoduje, że za kilka lat nie będziemy umieli budować innych relacji niż taki właśnie model. Mam wrażenie, że ludzkość daje zielone światło wszystkiemu co doprowadza do degeneracji jej samej. Albo inaczej. Mamy niebywałą tendencję do zamieniania wszystkiego czego się dotkniemy w zło. Wiele idei, które powstały na tym świecie były ideami mającymi na celu wspomożenie ludzkości w dążeniu do bycia lepszym, niestety w wielu przypadkach stało się tak że obróciliśmy te idee w zło. Tak też dzieje się z portalami społecznościowymi. Często widzę ludzi, którzy zostają powoli pożarci przez fejsa. Znam ludzi, którzy nie potrafią spokojnie siedzieć jeśli co jakiś czas nie sprawdzą tego czy tamtego. Ja nazywam ich fejsbukoholikami, gdyż mam nieodparte wrażenie, że jest to swoisty rodzaj uzależnienia. Czytałem niedawno artykuł w "Charakterach", którego tematem przewodnim było nasze istnienie w świecie wirtualnym świecie. Autorka przytacza szereg argumentów które udawadniają, że w wielu przypadkach to nie my jesteśmy konsumentami internetu, a internet konsumuje nas. Zatapiamy się w wirtualny świat bez pamięci. Być może jednym z powodów takiego stanu jest fakt, że nasze wirtualne ja jest bardziej przewidywalne, mamy większą kontrolę nad profilem niż nad sobą samym. Być może chodzi o to, że to co nam nie za bardzo odpowiada w naszym życiu realnym możemy naprawić w wirtualnym. I tworzymy nową rzeczywistość. Trzeba być jednak bardzo uważnym. Odrobina dystansu wystarczy byśmy uświadomili sobie to i owo. Z pewnej perspektywy bardziej można dostrzec pewne rzeczy. Kreując swoją wirtualną rzeczywistość wysyłamy pewne sygnały do pewnego grona odbiorców, które na te sygnały reaguje i tym samym wysyła nam sygnały zwrotne. Rzecz w tym, że czasem sygnały zwrotne są impulsem do takiego a nie innego kreowania wirtualnej tożsamości. Mówiąc prościej - im bardziej nas ktoś lubi(lub też lubi nasze wpisy) tym bardziej staramy się podążać w tym kierunku. Taki zanik asertywności na rzecz wirtualnej popularności. Autorka wyżej wymienionego artykułu pisze, że życie w necie stanowi szczególne zagrożenie dla młodzieży, która jest w trakcie budowania swojej tożsamości ponieważ "generuje presję konstruowania, edytowania i odgrywania Ja umożliwiającego zaistnienie i pozyskiwanie "przyjaciół". Kolejnym problemem, o którym już wcześniej napomknąłem na początku jest umieranie języka. W dobie szybkiej wymiany informacji i jeszcze szybszego tempa życia nie mamy czasu na konstruowanie zawiłych i skomplikowanych zdań. Nie ma na to czasu. Informacja ma być zwięzła i szybka. Im szybciej wyślemy informację w świat tym szybciej otrzymamy informację zwrotną. Czas to wszakże pieniądz. Tworzymy zatem półzdania miast całych zdań. Ilość znaków w sms-ie jest ograniczona więc staramy się zmieścić używając skrótów. Facebook i Twitter są wspaniałymi przykładami ograniczania języka, którym się posługujemy. Ograniczanie języka piśmiennego ogranicza również język, którego używamy prowadząc konwersacje. Coraz mniej mówimy, coraz bardziej byle jak. Myślę, że w jakimś czasie doprowadzi to do problemów w komunikacji interpersonalnej. Mamy przebogaty język, którym można na wiele sposobów opisywać rzeczywistość i fakt, że nie używamy go zasmuca mnie bardzo. Pozwalamy by nasze myśli były nagie, gdy możemy za darmo ubrać je wykwintnie by błyszczały i stały się przez to bardziej zauważalne. Naprawdę doceniam momenty, kiedy spotykamy się w najbliższym gronie znajomych i możemy razem usiąść przy jednym stole i wymieniać opinie, rozmawiać. Choć często zdarza się, że nie zgadzam się z moimi interlekutorami (pozdrowienia dla Seby i Łukasza) tym niemniej miło spotkać się z osobami, z którymi można rozmawiać i wymieniać poglądy z szacunkiem. Zastanawiam się osobiście nad przeprowadzeniem egzekucji moich profili, gdyż nie mogę znaleźć argumentów przemawiających w jakikolwiek sposób za tym bym był beneficjentem posiadania profilu na naszej klasie czy Facebook'u. A gdy już moje profile zostaną pogrzebane w czeluściach historii internetu czas, który spędzałem na ich pielęgnowanie spędzę na czytaniu i obserwowaniu jak mój syn poznaje świat wokół niego. Zaloguję się w realu czego i wam drodzy czytelnicy życzę.

niedziela, 3 marca 2013

Dzieciństwo

Kilka faktów skłoniło mnie do napisania kilku słów na temat dzieciństwa. Często nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo to, co robimy, w jaki sposób reagujemy wpływa na dorosłe życie naszego dziecka. Życie naszego maleństwa składa się z kilku tysięcy dni zanim dorośnie. Każdy z tych dni wypełniony jest zdarzeniami, które tworzą rzeczywistość wokół dziecka. Chcąc czy nie to my jesteśmy głównymi kreatorami tej rzeczywistości. My - rodzice. To my tworzymy te wszystkie malutkie sytuacje składające się na dzień, które z kolei składają się za te kilka tysięcy dni przez które dziecko uczy się bycia człowiekiem. Jeśli założymy sobie od razu, że dziecko jest dla nas ważne, to próbujemy tak postępować by każdy nasz ruch miał na względzie tego małego człowieka. Jeśli uświadomimy sobie, że każde przekleństwo rzucone przez nas mimochodem może znaleźć się w bogatej skarbnicy doświadczeń dziecka i zostać kiedyś przez nie wykorzystane postaramy się nie przeklinać. Jeśli uświadomimy sobie, że każdy nasz "krzywy" ruch będzie materiałem budulcowym życia innego człowieka być może mniej tych "krzywych" ruchów popełnimy. Jesteśmy pierwszymi nauczycielami naszych dzieci i to my - rodzice musimy dostarczać im wiedzy o życiu, to na nas spoczywa odpowiedzialność przekazania im wartości, którymi kiedyś będą mogli kierować się w życiu. Dziecko obdarza nas zaufaniem bezgranicznym. Nawet gdy my popełniamy błędy to zaufania i wiara w nas tkwi w tym małym człowieku cały czas. Bycie rodzicem to przygoda która trwa całe życie. Zdarza się czasem tak, że to zaufanie i ta wiara którymi dziecko nas obdarowuje zostają nadszarpnięte. Czasem czynimy zło. Wszak jesteśmy ludźmi a błądzić jest rzeczą ludzką. Czasem błądzimy jednak coraz bardziej i bardziej nie zdając sobie sprawy, że czynimy źle i staje się sytuacja, gdy błądzenie staje się naszą normalną drogą życia. I wtedy nasze dzieci cierpią. Dochodzi do sytuacji, gdy cierpienie jest na tyle częste, że dziecko nie rozróżnia już innego stanu. Lęk i ból stają się codziennością. Powody mogą być rożne. Czasem rodzice dają odczuć dzieciom, że nie ma między nimi uczuć. Dziecko to emocjonalna antena łapiąca każdy, nawet najmniejszy sygnał. Jeśli między rodzicami jest coś nie tak bardzo szybko przekłada się to na dziecko. Odczuwa ono strach, brak zaufania, brak stabilizacji i wiary w fundamenty w które wierzyć powinno. Innym przykładem może być brak uwagi dla dziecka. W natłoku zajęć coraz mniej czasu poświęcamy maluchom. Świat jest tak skonstruowany, że cały czas musimy gdzieś gonić. Jeśli praca zajmuje dużą część naszego czasu, mniej go mamy dla rodziny. Jeśli mamy tej pracy jeszcze więcej to często zdarza się tak, że po pracy chcemy odpoczywać nie mając czasu dla rodziny. A tak być nie powinno. Inwestycją naszego życia są właśnie dzieci. Na co mi nadgodziny i więcej pieniędzy za które mogę coś kupić, jeśli nie mam kontaktu z dzieckiem. Im mniej tego kontaktu, tym bardziej staniemy się sobie obcy i za kilka lat w ogóle nie będziemy się rozumieć. Znam ludzi, których nowoczesny model wychowania polega na tym, że dobrami materialnymi próbują zastąpić rodzicielstwo. Myślę, że nie tędy droga. Dobra materialne nie zastąpią relacji a w miarę upływu lat nigdy nie cofniemy straconych szans... Kolejnym przykładem, który nasuwa mi się na myśl jest alkoholizm. Jest to bodaj najokrutniejsza forma znęcania się nad całymi rodzinami. Alkohol sieje spustoszenie wśród relacji rodzinnych. Zawsze zaczyna się niewinnie. Od jednej butelki do następnej. Wkrada się w życie niepostrzeżenie i niepostrzeżenie atakuje. Finał jest dramatyczny. Niewyobrażalne cierpienie dzieci, które za każdym razem myślą że to już ten ostatni raz pijany tata bił a pijana mama krzyczała. I pytanie dlaczego. Pytanie które pozostaje bez odpowiedzi. I w tym całym bezsensownym cierpieniu i dzieci się po pewnym czasie poddają nie widząc pomocy znikąd. Znam kilka przypadków w którym alkoholizm rodziców przełożył się na alkoholizm dzieci. Dzieci, które kiedyś były ofiarami nieświadomie stają się prześladowcami. Dzieci są jak już napisałem wcześniej inwestycją naszego życia. Dzięki nim mamy niebywałą szanse stworzyć piękniejszy świat. Najpiękniejszy jaki jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Musimy tylko mieć tego świadomość. Nie wolno nam ich krzywdzić. Każdy rodzic, który skrzywdził swoje dziecko powinien mieć cały czas w sobie tą świadomość, że skrzywdził niewinnego człowieka. Żadne dziecko nie zasługuje na to by nie być kochane. Każde dziecko zasługuje by być kochane.

wtorek, 19 lutego 2013

Jest super!

Hura! Pomyślałem sobie dziś, że tak naprawdę nie mam do czego się przyczepiać. Życie jest naprawdę super. Żyjemy w tak fantastycznym systemie, że jest on nieomal idealny. Już niedługo, a mianowicie za jakieś prawie czterdzieści lat odbiorę swoje pierwsze świadczenia emerytalne. SUPER! Czyli koniec końców będę pracował jakieś prawie pół wieku, żeby dożyć emerytury, którą pewnie za długo się nie nacieszę. Anyway. Super jest również skonstruowany demokratyczny system polityczny. Nie mogę wyjść z podziwu jak genialne jest przyznawanie sobie samemu premii za dobrą pracę. Cieszę się, że wybrańcy narodu potrafią o siebie się zatroszczyć. To ważne, aby byli oni godnie wynagradzani za swoją świetną pracę. Mało tego. Uważam, że powinny ich premie wzrosnąć w stopniu znacznym, co oczywiście znalazłoby odbicie w wydajności i efektywności ich pracy. Jestem niezmiernie dumny z faktu, że moje podatki a raczej ich część wędruje w kierunku banków, które ucierpiały wskutek światowego kryzysu i rząd stwierdził, że trzeba wyciągnąć doń pomocną dłoń. Niezmiernie raduje mnie fakt, że prezesi tych banków otrzymują również duże premie. Są one niezbędnym elementem motywacji decydentów systemu bankowego. Jestem rad, że kilka banków wespół postanowiło sterować stawkami WIBOR. Mniemam, że suto wynagradzane gremia dezyzyjne zarządów tychże banków widzą szerszą perspektywę tego co nieświadomi nazywają podłą grą ekonomiczną i już niebawem zauważymy, że efekty tychże posunięć pozwalają wydźwignąć światową gospodarkę z kryzysu. Raduje się serce moje gdy widzę jak państwo zadłuża kolejne pokolenia. Wiem, że ja, moje dzieci i wnuki a może i prawnuki bierzemy udział w wiekopomnym dziele wznoszenia gospodarki na wyżyny wzrostu gospodarczego. Hura!

niedziela, 10 lutego 2013

de profundis clamavi at te Domine

Pewnego dnia gdzieś w skończoności czasu gubimy swą przestrzeń. Zmierzch istnienia nadchodzi w przejmującej głuszy spowitej przenikliwym bólem. I dzień zasnuty żałobnym welonem niczym złowieszczy orędownik wróży beznadzieję. Ten rozdzierający krzyk pustki nie mija. Gdzieś w bezmiarze dni i zdarzeń nagle milknie głos, który miał trwać wiecznie. Gdzieś na bezkresnym oceanie smutku dryfują samotne łodzie...

poniedziałek, 4 lutego 2013

Świat upada

Świat jakim go znamy dokonuje swego żywota na naszych oczach. W erze postępującego rozwoju technologicznego stajemy twarzą w twarz z procesem odzierania ludzkości z istoty bycia ludzkością. To co świadczy o tym, że jesteśmy społeczeństwem staje się powoli tracić na znaczeniu. Pamiętam erę przedinternetową. Erę realnego życia. Społecznością nazywaliśmy wtedy zbiorowość ludzi mającą ze sobą realne powiązania. Dziś społeczność to Face-bóg. Chciwe korporacje, które produkują dobra psujące się w określonym czasie tylko po to by napędzać wyniki sprzedaży. Reklamy utwierdzające nas w przekonaniu, że potrzebujemy nowe dobra, choć stare mają dopiero kilka miesięcy. Konsumpcjonistyczny hedonizm odbierający nadzieję na przetrwanie cywilizacji na naszej planecie. Myślimy tylko o sobie. Zabieramy czyste powietrze naszym dzieciom, wnukom i prawnukom. Nie obchodzi nas jak będzie wyglądał świat za te kilka(naście) lat. Ważne jest tylko tu i teraz. Masowa produkcja obniżająca cenę końcową produktu dzierży berło. Banki eksploatujące społeczeństwa. Wyciskające ludzi niczym gąbki z każdego grosza. W świetle prawa zniewalając społeczeństwa dążą do stworzenia rzeszy poddanych. Nowoczesny model niewolnictwa. Poprzez kreatywną bankowość przy pomocy Państwa.

xxx

Zaskakuje mnie czasem łatwość z jaką przychodzi nam oceniać innych ludzi. Pozostajemy ślepowierni swojej ocenie innych. Myślimy, że skoro mierzona wg naszych standardów rzeczywistość ujawnia przed nami taki a nie inny obraz to znaczy, że tak musi być. Taki błąd percepcji, która wszystko filtruje przez "ja". Swego czasu podczas wykładów z filozofii usłyszałem mądre zdanie - "Miarą wszechrzeczy jest człowiek" (Protagoras). Człowiek, nie Ja. Trzeba zdać sobie sprawę, że istnieją inne punkty widzenia od naszych, inne rzeczywistości. Nie lubię, gdy ludzie wartościują siebie nawzajem. Inspiracją dla tego wpisu jest wywiad, który przypadkowo obejrzawszy w internecie z wokalistą zespołu Afromental. Była to raczej wypowiedź na temat discopolowego zespołu Weekend i ich piosenki "Ona Tańczy dla mnie". Dywagacje afromentalowego lidera zawierały się w stwierdzeniu, że piosenka zespołu Weekend jest prosta i mało skomplikowana i dlatego też jest niebezpieczna dla młodych ludzi, którzy w młodym wieku budują świat swoich wartości dzięki różnym wpływom. Wpływ zespołu Weekend na gawiedź jest zgubny, gdyż spłyca ich ciekawość świata i ogólnie inteligencję. Wg Łozo utwór "Ona tańczy dla mnie" jest tak prosty, że powinien trafiać w gusta przedszkolaków. Rodzi się w mojej głowie kilka pytań... Po pierwsze primo - Na jakim gruncie mister Łozo stawia siebie jako mentora polskiej inteligencji muzycznej. Nie jestem wielkim fanem discopolowego światka, ale jest on wg mnie potrzebny, gdyż istnieje zapotrzebowanie wśród pewnej części społeczeństwa na taką muzykę. To, że reprezentuję skrajnie odmienny typ wrażliwości estetycznej nie nobilituje mnie do orzekania czy ten i ów jest mniej inteligentny, głupszy, niepotrzebny czy co tam jeszcze. Świat oparty na odmienności jest światem lepszym. Po drugie primo - secundo poczytałem sobie kilka tekstów zespołu Afromental i nie urzekły mnie w tychże lirykach żadne dywagacje natury filozoficznej, żadnych eschatologicznych wynaturzeń ani nawet psychologicznych obserwacji. Zamiast tego tekst o pannie kręcącej tyłeczkiem. Hmmm