sobota, 24 maja 2014

Humanoidalne zdarzenie muzyczne

Teraz taka mała spowiedź.
Zawsze zastanawiałem się, co to jest, co powoduje, że lubimy to czy tamto.
Zawsze zastanawiałem się co powoduje, że - w moim przypadku - w żyłach krew płynie szybciej gdy tylko słyszę muzykę, którą lubię. Czy jest to jakieś zaklęte w muzyce przesłanie, które trafia do niektórych tylko ludzi, czy jest to może moja natura, która jak wyłania z powietrza drgania muzycznej ekspresji.
Słucham "List do M" Dżemu i za każdym razem, gdy słyszę pierwsze takty początkowej partii solowej gitary przeszywa mnie dreszcz. Przeszywa mnie dreszcz, gdy słyszę "Hey You" Floydów. Krew buzuje gdy Angela Gossow z Arch Enemy wrzeszczy "The more I see, the less I believe, the more I hear, the less I care" w "Instinct" tegoż zespołu. A już zupełnie nieracjonalnie przenikają mnie pierwsze takty "Master Of Puppets". Kompletne szaleństwo. Byłem kiedyś na koncercie Metalliki i nie umiałem zrozumieć dlaczego dla wielu ludzi był to kolejny zwykły koncert, podczas gdy dla mnie był to spacer po muzycznym niebie.
Każdego razu gdy wybierałem się na koncert moja ekscytacja była większa od kogokolwiek z kim się wybierałem.
Kiedyś ktoś z moich znajomych zapytał mnie czy mi jeszcze nie przeszło z tą całą muzyką. Stwierdziłęm, że nie warto nawet odpowiadać na takie pytanie.
Muzyka jest jak podróż. Tylko od nas zależy dokąd się wybierzemy. Czy pójdziemy w stronę słoneczno leniwych stron, czy też w mokre burzowe rejony. Największą satysfakcją dla podróżnika jest odkrywanie nowych miejsc. Tak samo jest z muzyką. Możesz znać setki tysięcy zespołów i mniemać, że już nic cię nie zaskoczy gdy tymczasem gdzieś wśród oceanu muzycznych fal ujrzysz małą wysepkę, której o ile nie dostaniesz się do niej szybko zakryją wzburzone fale.
Ktoś kto nie jest fascynatem muzyki nie zrozumie. Mniemam jednak, że wśród czytelników znajdzie się ktoś kto jednak zrozumie.

sobota, 17 maja 2014

Na zmywaku

Miałem niebywałą nieprzyjemność wysłuchania pewnej pani, która wypowiadając się w telewizorni na temat emigrantów stwierdziła, że trzeba coś zrobić, aby pościągać polskich emigrantów do Polski z zachodnich zmywaków...
Nasuwa mi się pewna refleksja.
Zmywak stał się symbolem emigranta. Politycy, znaczy się Populiści widzą wszystko tak jak trzeba to widzieć, żeby dobrze się sprzedało. Oderwane od rzeczywistości komentarze na temat Polskiej emigracji skłoniły mnie do napisania kilku słów na ten temat.
Emigracja zawsze była dla Polaków ważna. Takim jesteśmy narodem. Emigrowaliśmy za wolnością, chlebem, lepszym życiem. Emigracja zmieniła radykalnie swoje oblicze po 2004 roku kiedy to staliśmy się częścią Unii Europejskiej. Rzesze ludzie w poszukiwaniu lepszej rzeczywistości wyruszyły na zachód . To jak wędrówka na drugi koniec tęczy, gdzie czeka na nas dzban ze złotem. Okazało się niestety, że ten dzban nie czeka. By osiągnąć zamierzone cele rodacy łapali się każdej pracy, nawet najgorszej. Czasami upokarzającej, poniżej kwalifikacji. Każdy jednak myślał, że nie chce zawieść swoich bliskich dla których wyjechał lub też samego siebie. Więc każdego dnia mozolnie wykonywał swoją pracę jakakolwiek ona by nie była. Może nawet na zmywaku.
Minęło 10 lat...
Polacy dalej pracują na zmywakach, ale...
W ciągu tych 10 lat oblicze emigrantów zmieniło się diametralnie. Ktoś kto przetrwał etap "zmywaka" dziś może być menadżerem, kierownikiem, itd. Wszyscy zaczynali od ciężkich prac, lecz zagraniczni pracodawcy zauważali w coraz to większej liczbie ludzi potencjał i potrafili ten potencjał uwolnić w postaci powierzania coraz to lepszych stanowisk i funkcji. Po 10 latach od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej nasi rodacy na obczyźnie radzą sobie bardzo dobrze. Wielu ludzi pozakładało własne firmy. Wielu ludzi kupiło własne mieszkania, osiedliło się. Zsynchronizowało z otaczającą rzeczywistością. Niektórzy wrócili do kraju.
Okazuje się, że Polonia na świecie radzi sobie całkiem przyzwoicie. Tym bardziej zasmuca fakt, że w oczach naszych polityków nie stać Polaków za granicą na nic więcej niż tylko zmywak. Szkoda że bycie emigrantem jest dla nich tożsame z pracą na zmywaku.
A najgorsze jest to, że - O ironio! - myślą, że w ten sposób zjednują sobie elektorat.
Kiedyś znajomy powiedział mi, że najdziwniejszy moment w jego pracy na emigracji był pierwszy dzień w nowej pracy, kiedy to jego szef mijając go w przejściu zapytał go "jak się masz?". Znajomy ten powiedział mi, że w ciągu 10 lat jego pracy w Polsce nigdy pracodawca nie zadał mu takiego pytania.

sobota, 3 maja 2014

Choć goni nas czas...

Czytałem niedawno świetny artykuł po którym zawładnęła mną chęć podzielenia się z czytelnikami tegoż blogowiska kilkoma ekspresjami na temat czasu.
Czyż nie jest tak, że pędzimy? Czyż nie jest tak, że zabiegani w codzienności nie umiemy racjonalnie wykorzystywać danego nam czasu. Czyż nie jest tak, że mając czas wolny spędzamy go (w naszym mniemaniu)jak najwydajniej robiąc milion rzeczy na raz?
Czy my tak naprawdę mamy czas?
Uwielbiam refleksję. Pochylić się nad tematem, który w danej chwili mnie interesuje. Uwielbiam rozmawiać na tematy różnorakie. Często abstrakcyjnie. Zauważyłem jednak, że ostatnio i mnie brakuje czasu na posiadanie czasu.
Czas który powinno się spędzić z drugim człowiekiem powinien być czasem spędzonym z drugim człowiekiem właśnie. Tymczasem często czas z drugim człowiekiem spędzamy dodatkowo z trzecim "elementem". Telewizor, telefon, laptop, cokolwiek...
Mało mamy chwil naprawdę spędzonych na rozmowie.
Mało mamy czasu...
Tym bardziej powinniśmy wykorzystywać go lepiej. Kultura XXI wieku wymaga od nas szybkich działań, szybkiego podejmowania decyzji, szybciej, wydajniej. Tymczasem czas jest taki sam, nie zmienia się wedle naszych potrzeb, nie możemy go nagiąć by wypełnić wszystkich zobowiązań. Człowiek wymaga refleksji. Myśl niegdyś kształtowała podwaliny cywilizacji. Teraz świat dnia dzisiejszego narzuca nam, byśmy mniej myśleli, a więcej działali. I to jest złe.
Musimy mieć czas na refleksję by zapanować nad własnym życiem. Musimy mieć czas na kształtowanie naszego życia w taki sposób aby było ono bogatsze w emocje i pełniejsze przeżyć. Tylko w ten sposób człowiek może się rozwijać. A człowiekowi rozwój jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania. Bez pomyślunku i autorefleksji staniemy się robotami wykonującymi określone działania.
Dla mnie największym bogactwem jest rodzina. Wielowymiarowo. Najbliższa rodzina, czyli mój syn i żona oraz dalsza rodzina jak dziadkowie, wujkowie, etc. Zauważam, że w dzisiejszym świecie, gdzie czas stanowi wartość na miarę złota relacje rodzinne bardzo cierpią.
Nie mamy czasu dla naszych pociech, bo w jednostajnym, systematycznym pędzie kierujemy nasze działania ku osiągnięciu zamierzonych celów i wyzwań. Zanim je jeszcze osiągniemy rosną przed nami nowe. Takie błędne koło.
Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że budując nasze relacje rodzinne budujemy naszą przyszłość. Sami kreujemy to co się stanie. Dajemy naszym dzieciom przykład, że najważniejsza jest praca i pieniądze, a nie one same. Za kilka lat gdy dzieci dorosną, to one nie będą miały czasu ani dla nas ani dla swoich dzieci.
Tymczasem jak już gdzieś wcześniej pisałem dzieci to nasza największa inwestycja. Im więcej czasu im poświęcimy, im głębsze będą nasze relacje tym bogatsze i szczęśliwsze będzie ich życie.
Nie mamy czasu na budowanie relacji z dalszą rodziną. Moje pokolenie nie spotyka się już tak często jak kiedyś nasi rodzice. Nasz czas (o ile trochę go mamy) poświęcamy na szybki spacer z dziećmi, bo na dłuższy nas nie stać, później obejrzymy może jakiś film. Jedyną okazją do rodzinnych spotkań są śluby lub pogrzeby. Kiedyś nasi rodzice jeździli po Polsce odwiedzając rodzinę, dalekich wujków, ciotki. Teraz rodzina się zwęziła. Nie znamy już dalekich krewnych. Rzadko mamy czas na odwiedzanie krewnych z tego samego miasta.
Pamiętam jak byłem małym dzieckiem moja babcia siadała z nami wieczorem przy stole i opowiadała nam wspomnienia z dzieciństwa. Czasem były to wspomnienia przykre jak np czasy wojny. Pamiętam jak podczas żniw pomagaliśmy z kuzynostwem, a wieczorem gdy byliśmy już strasznie zmęczeni siadaliśmy całą rodziną przy kolacji. Czasem dla odprężenia jechaliśmy wszyscy nad jezioro.
Rodziny spędzali z sobą czas. Byliśmy o te przeżycia bogatsi. Teraz ubożejemy.
Strasznie wszystko to smutno brzmi. Pozytywne jest to, że tylko od nas samych zależy jak nasze życie zbudujemy.
Czy zbudujemy je szybko i niedbale pod presją czasu, czy też zbudujemy je w dłuższym okresie czasu, lecz staranniej i dokładniej. A teraz zamiast życia podstawmy w to miejsce dom dla przykładu - który dłużej przetrwa?