wtorek, 26 grudnia 2017

Na nowy rok

Koniec roku to zawsze w moim przypadku czas swego rodzaju podsumowań.
2017 był w moim przypadku przełomowy. Słowa "nie mogę" i "nie potrafię uwięzły mi w gardle w pewnym momencie i pomyślałem, że mogę. Mogłem... I Potrafiłem...
 Rok 2017 to rok zwrotny. To granica, po której przekroczeniu uświadomiłem sobie, że w ogóle można ją przekroczyć.

Piotruś.
Rodzic daje swojemu dziecku życie. Piotruś swoich rodziców poprosił jeszcze by pomogli mu to życie zacząć. Gdy jesteś pierwszą osobą na świecie, która ma możliwość poczucia dotyku skóry swojego dziecka termin "bliskość" zyskuje nowego wymiaru.
W przypadku Oliviera było to spojrzenie, w przypadku Piotrusia dotyk :-)
Oglądanie jak dorasta człowiek jest najbardziej fascynującym zajęciem na świecie. Bycie rodzicem to najbardziej fascynujące zajęcie na świecie.

Bieg.
Swego czasu istniały poważne obawy co do tego, że nie będę chodzić. Ta myśl przyświecała mi, kiedy w tym roku pokonywałem swój pierwszy półmaraton. Ta myśl mnie karmiła i motywowała.
To było istne szaleństwo. Biec jak najdalej  to był mój plan. Być może przyświecała mi myśl, że każdy jeden kilometr jest w jakimś sensie "na kredyt", bo wiem, że zdrowie nie jest dane na zawsze.
Ponad 500 kilometrów dalej jestem już  nieco spokojniejszy i pełen nadziei na kolejny rozbiegany rok. Bez pośpiechu. Smakować radość z biegania.

Dieta
Nie lubię o tym pisać z jakiegoś powodu, ale stało się, że zniknęła w pewnym momencie jedna trzecia mnie. Ta mniej przeze mnie pożądana. I choć nie przykładam jakiegoś większego znaczenia do wagi w chwili obecnej (święta!!!), to w lutym 2017 roku zaczęło się szaleństwo w czystej postaci. Szaleństwo, którym mam nadzieję udało mi się zarazić kilka osób i dzięki czemu wszyscy są jakoś bardziej uśmiechnięci.

***
Jest takie słowo w języku duńskim - Hygge. Polecam każdemu, kto znajdzie 5 sekund wolnych czytając ten wpis wyszukać je w google. Hygge to mój nowy obiekt badań i nadzieja na 2018.
Pewnie każdy ma jakieś plany na nowy rok. Mam i ja. Nie chcę ich wymieniać na blogu, bo przede wszystkim muszę  chcę wywiązać się z nich przed sobą samym. Ważne jest podejście. Nie warto mieć wielkich planów, by wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Ważne jest mieć dziś dobry dzień. Ważne jest dziś podjąć dobrą decyzję. Ważne jest zrobić właśnie w tym momencie pierwszy malutki kroczek do przodu.
Półmaraton to 21 097.5 metra. Nie da się go pokonać jeśli nie nie uwierzysz, że warto pokonać pierwszy metr :-)

Życzę wszystkim w nadchodzącym 2018 roku zdrowia, radości i uśmiechu

wtorek, 19 grudnia 2017

???

Hej.
Minęło sporo tygodni od czasu kiedy po raz ostatni podjąłem się politycznego kursu. Miałem nadzieję tego kierunku nie obierać ponieważ tu nikt nie wygrywa, ale granica przy której jestem w stanie wytrzymać została przekroczona po raz kolejny i nie jestem w stanie pozostać obojętnym.
Przyjąłem już do wiadomości, że dla partii rządzącej  nie istnieje opozycja, tylko opozycja totalna (w domyśle  opozycja totalna warunkuje rządu o zapędach totalitarnych?). Przyjąłem na klatę fakt, że władzę w kraju sprawuje partia, która nie zna kompromisu. W 1992 roku rząd Olszewskiego został obalony i w ciągu tych ostatnich 25 lat pan prezes zdołał wyciągnąć wnioski z zaistniałych sytuacji. W 1992 roku mieliśmy do czynienia z rządem, który był słaby. Zbyt słaby jak na swoje plany (zresztą tak jak kilka kolejnych rządów po nim). Była jednak pewna różnica. W 1992 roku rząd Olszewskiego wpadł w pułapkę mesjanizmu narodowego, że oto teraz stoimy nad krawędzią starego i nowego systemu a jedynymi, którzy są w stanie przeprowadzić naród na drugą, lepszą stronę jest właśnie ekipa prezesa Jarosława. Każdy inny jest wszak agentem obcego kontrwywiadu. Nie udało się. Polska demokracja była słaba. Dopiero raczkująca. Rządy i premierzy zmieniali się co kilka miesięcy. Rząd Olszewskiego upadł jak wiele po nim zanim doszliśmy do jako takiej normalności. Jarosław nie umiał jednak na tyle pogodzić się z przegraną swojej wizji, że musiał jej upadek usprawiedliwić. Tak powstała "Nocna Zmiana" i wszystkie "okołopecowskie" legendy. Wszak mesjanizm nie mógł tak zwyczajnie upaść.
Nastąpił rok 2006. Wszystkie znaki na ziemii i niebie wskazywały na to, że oto mamy triumfalny powrót dowódcy. Nie wziął on jednak pod uwagę, że koalicjant może mieć rozbieżne wizje z jego własnymi. Rząd upadł.
Wtem nastał październik roku 2015 i stało się coś zupełn ie nieoczekiwanego. Polacy znudzeni 8 -letnimi rządami liberałów z PO podjęli decyzję o przekazaniu władzy w ręce PiS. Ten szansy prezes postanowił już nie zmarnować tym bardziej, że los podsunął mu władzę pełną, co jeszcze po roku 1989 się nie zdarzyło. Tym razem nie trzeba było liczyć się już z żadnym koalicjantem. Wyznacznikiem każdej polityki stała się linia partii. Jarosław stał się pierwszym przywódcą partii po 1989 roku, który bez żadnych oporów mógł stosować swoją wizję państwa.
Nie mogę mu odmówić przywództwa. Jest jednym z niewielu polityków nowoczesnej historii naszego kraju, którzy jest świetnym przywódcą. Pisałem o tym już w jednym ze swoim wcześniejszych wpisów. Przywództwo jego wpisało się jednak w pewną sytuację geopolityczną bez której zaistnienia nie zostałby nawet zauważony.
To, że jest świetnym przywódcą nie znaczy natomiast, że jest to polityka, z którą jestem w stanie się zgodzić. Jest to przywództwo oparte na otaczaniu siebie przez ludzi, którzy potrafią jedynie przytakować zgodnie z wyznaczoną linią Partii (lub bardziej prezesa). Pozostawia to brak miejsca na dyskusje wewnątrzpartyjne o czym prezes bardzo dobrze wie i czego wystrzega się jak ognia, ponieważ wie, że o ile warunki zewnętrzne wymagają poruszania się w bądź co bądź ale (jeszcze) demokracji, o tyle wewnątrzpartyjne dyskusje mogłoby zachwiać partyjnym walcem. A na to prezes nie może sobie pozwolić, jeśli chce dokonać za pomocą swojej partii rewolucji wewnątrzsystemowej.
Dobra - wracając do tematu. Głównym czynnikiem, dla którego teraz ślęczę nad tym wpisem zgoła politycznym jest fakt, że Komisja Europejska zastanawia się uruchomieniem wobec Polski artykułu 7. Tzw. "broń atomowa" przejawia się już w mediach od pewnego czasu. Wg mnie i pewnie większości czytelników, którzy mają jakiekolwiek pojęcie na temat stosunków międzynarodowych artykuł siódmy nie zostanie wprowadzony w życie, ponieważ jest zbyt wiele czynników temu przeczących. Jest jednak pewne ale...
Gra nie toczy się o wyciągnięcie wobec Polski "broni atomowej", lecz o coś zupełnie innego, co niestety będzie miało realny wpływ na życie każdego obywatela. Chodzi mianowicie o zdyskredytowanie kraju na arenie międzynarodowej. Jest to proces, który już się dokonuje i rządzący pomagają wcielić plan ten w życie. Nasza polityka zagraniczna nawet nie kuleje. Ona nie istnieje.
Powinniśmy przynajmniej prowadzić zakulisowe rozgrywki i z Unią i każdym krajem z osobna. Rację mają rządzący w tym, że Polska nie jest "brzydką panną na wydaniu". Jesteśmy dużym i dumnym krajem, który powinien walczyć o swoje racje na arenie międzynarodowej. Nie powinniśmy jednak być "piękną panną na wydaniu, która ma focha". Polityka zagraniczna od zawsze i w przypadku każdego kraju była wypadkową potrzeb, honoru, interesów i kompromisów. Niestety w przypadku naszym nie zauważam jakiejkolwiek chęci negocjowania kompromisów, co niestety może odbić nam się czkawką.
A teraz do meritum. To co najbardziej mnie rozsierdziło i skłoniło do napisania tego posta, to słów jednego z rządzących polityków, że ewentualne uruchomienie przez Komisję Europejską artykułu 7 zawdzięczamy Totalnej Opozycji! Na litość boską - jeśli kilka partii oscylujących gdzieś na granicy progu wyborczego może sprowadzić do parteru rząd własnego kraju na arenie międzynarodowej, który wewnątrz kraju ma poparcie rzędu 50 procent to jakie świadectwo wystawia sobie taki rząd. Tym bardziej, że jak już napisałem nie widać na horyzoncie żadnych sojuszników w UE prócz Węgrów, którzy wspierają na tyle na ile im się to opłaca. O ile (być może, ale jednak w dużym nawiasie) jestem taką sytuację w stanie zaakceptować w polityce wewnętrznej, bo wiadomo, że głos ludu może zmienić się bardzo szybko o tyle nie jestem w stanie uwierzyć, że Unia Europejska składa się z 28 państw, których rządzący są imbecylami i nie są w stanie zrozumieć zmian zachodzących w Polsce. Tego zrozumieć tak zwyczajnie nie umiem. Tutaj widzę natomiast ignorancję rządu w polityce zagranicznej.


czwartek, 7 grudnia 2017

Jesienny

Gdzieś w czeluściach jesiennego umysłu rodzą się dziwne myśli. Czasem takie myśli trzeba wyrzucić z siebie bo są jak nieujarzmione bestie. Tylko wyrzucenie ich na papier (bloga) daje odetchnienie.
Zastanawia mnie czas...
Mijamy... tak bardzo. Każdego jednego dnia i godziny przemijamy nieuchronnie. Zmierzamy ku nieuchronnemu. Dziwne jest to, że życie ucieka nam z wiekiem coraz szybciej. Dziwne jest też to, że nie potrafimy docenić danego nam czasu. A może i potrafimy, ale nie do końca. Życie przecieka przez palce jak strumień wody. Kiedyś zadawałem sobie pytanie czy jest coś w życiu czego w życiu żałuję. Uczciwie przyznaję, że nie. Nie mogę niczego żałować będąc szczęśliwym, gdyż może gdybym cokolwiek zmienił nie znalazłbym się w miejscu w którym jestem i z osobami z którymi jestem. Wierzę w tzw. efekt motyla. Trzepot skrzydeł motyla na jednym krańcu świata może wywołać huragan na drugim krańcu.
Jest jeszcze jedna rzecz. W tej ciągłej próbie schwytania życia przeciekającego nam między palcami nie zauważamy tego co istotne. Chwil. Chwile są ulotne. Chwile są jak cegły tego budynku, który zwiemy życiem. W szaleństwie budowy wielkiego gmachu doceńmy każdą małą cegiełkę, gdyż w przeciwnym razie obraz wielkości naszego gmachu runie gdzieś na końcu gdy uświadomimy sobie że nie zwróciliśmy uwagi na jakość cegiełek.
...
Chwile mogą inspirować. Czasem do zmian wielkich, czasem małych. Czasem mogą po prostu inspirować do bycia lepszym tak po prostu. Innym razem do całkowitej zmiany życia. Jeszcze innych zmusi do porzucenia codziennych czynności i pogoni za marzeniami. Doceniajmy chwile. Są ulotne.
...
W całkowitej ponurości jesiennej atmosfery jest jakaś nadzieja.
...
Zainspirowany.

"Więc gdy mnie wpuścisz
Pozwól mi usprawiedliwić
Moją własną nagrodę.
Kładziesz na mnie swoje dłonie.
Uczę się słów, 
Których wcześniej nie znałem"

wtorek, 31 października 2017

Potwory i spółka

Dziś helołynowo bo będzie o potworach.
Może jednak nie do końca helołynowo, bo jest w tym jednak pewna doza ironii, a potwory o których chcę pisać istnieją naprawdę i wcale nie są zabawne.
Będąc dziećmi zapewne każdy z nas czegoś tam się bał. Jedni ciemności, inni baba jagi, jeszcze inni "czarnej wołgi" (zależy na jakie lata przypadało nasze dzieciństwo - dziś dzieciaki boją się, że im padnie bateria w tablecie ;)
Każdemu dziecku źle kojarzy się potwór. Jako rodzice wiemy, że często potwór to zmaterializowane obawy naszego dziecka.
Co jednak, gdy potwór ma imię i jestem bardzo realny. Taki bardzo namacalny potwór jest bardzo groźny dla naszego dziecka. Może w nim obudzić poczucie lęku na całe życie. Może sprawić, że nasze dziecko będzie dorastało w atmosferze strachu przez całe swoje dzieciństwo co zaowocuje upośledzoną dorosłością.
Mowa to o potworach, którymi jesteśmy My - dorośli. Spotkałem się kilka razy z przypadkiem, kiedy to najbliższa osoba staje się dla dziecka uosobieniem lęku.
Mamy tutaj do czynienia z dwiema przeciwstawnymi uczuciami  miłością do najbliższej osoby i strachem przed nią. Oczywiście strach ten musi mieć gdzieś swoje źródło. Nie jest tak, że dziecko odczuwa lęk przed najbliższą osobą bez powodu. Dzieci to emocjonalne odbiorniki. One nie umieją komunikować się w języku wyrachowania i zimnej kalkulacji tak jak my dorośli. Tego uczą się dopiero z czasem, gdy już wychodzą z okresu dzieciństwa wkraczając w wiek nastoletni (lub dorosły).
Dziecko przede wszystkim rozumie język miłości. Ono kocha mamę i tatę. Miłość dziecka jest bezwarunkowa. Jest to najczystszy rodzaj miłości jaki można spotkać w przyrodzie.
Dlatego też gdy najbliższa osoba staje przeciwko tej miłości i zaczyna ją rozgrywać lub warunkować dziecko jest rozchwiane emocjonalnie i nie rozumie dlaczego tak się dzieje, że tatuś lub mamusia kocha ją (jego), ale tylko gdy...
Ono kocha mamę i tatę w każdej sytuacji. Miłość dla dziecka jest potrzebne jak powietrze. Bez niej dziecko nie może bezpiecznie się rozwijać.
Gdy najbliższa osoba staje się tym potworem o którym mowa w tytule tego posta dziecko staje w sytuacji, gdy kocha kogoś kto sprawia ból i przynosi psychiczne cierpienie. Tego cierpienia nie widać po kilku dniach. Ono wychodzi po latach. Gdy jest już za późno by cokolwiek naprawić.
Nie zabierajmy naszym dzieciom miłości

piątek, 6 października 2017

W biegu (3)

Szaleństwo zostało przerwane.
Zakładałem, że wyjeżdżając na urlop do ojczyzny bieganie będzie kontynuowane, co zresztą się stało. Plan był jednak taki, by po powrocie z urlopu wskoczyć na odpowiednie tory i treningi były regularne. Nie udało się. Nie wiem czy było to motywowane lenistwem, czy jeszcze czymś innym, ale efekt był taki, że dopiero 13 września wróciłem do biegania. Nie był to najłatwiejszy bieg muszę przyznać. Zrozumiałem, że dwutygodniowa przerwa daje się boleśnie odczuć. Oddech był kluczowy. 11 kilometrów w 53 minuty było  gorzej niż średnim rezultatem. Musiałem dojść do siebie. I do kolejnego treningu minęło 6 dni. Tym razem jednak postanowiłem wbić szpony w lenia i założyłem sobie, że jest stówa do pokonania.
Udało się wykonać 96 procent. Ostatnia piętnastka postanowiła mnie wykończyć i oto odezwały się kolana, które wyeliminowały mnie z biegania w pierwszej fazie mojego romansu z nimi (luty). Będąc wtedy głupcem, a tym razem troszkę mądrzejszym biegaczem postanowiłem, że tym razem odpoczywam do momentu aż nastąpi pełna regeneracja.
Udało się jednak poprawić wszystkie życiówki :-)
Nie znaczy to, że lenistwo może spać spokojnie...
Plan setki w kolejnym miesiącu aktualny.
...
I jeszcze jedno.
29 września odbył się ultra maraton Spartathlon. 246km z Aten do Sparty. 246KM!!! Nasza rodaczka Patrycja Bereznowska zajęła 1 miejsce wśród kobiet a 6 w całym wyścigu. Szacun.

czwartek, 10 sierpnia 2017

W biegu część 2 - motywacja

Postanowiłem kontynuować temat.

Dziś będzie o motywacji.

Natchnął mnie artykuł, który przeczytałem już jakiś czas temu w jednym z blogów na temat biegania.
Często, gdy rozmawiam z ludźmi na temat diety, redukcji wagi i tego typu rzeczy dowiaduję się, że każdy chciałby zrzucić parę kilogramów, ale w momencie gdy zaczyna się temat wysiłku na tym temat się urywa. Całkiem niedawno rozmawiałem z jednym kolegą, który chciał aby mu poradzić w jaki sposób może zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Powiedziałem mu, że najprostszym sposobem jest zaadoptowanie do trybu życia jaki prowadzi troszeczkę wysiłku, lub może raczej wydatku energetycznego. Chodzi o to aby aktywność fizyczna zaczęła się od najprostszych rzeczy. Nie trzeba wcale być maratończykiem aby powalczyć o wagę. Trzeba natomiast rozruszać organizm za pomocą małych kroków.
Temat urwał się tak szybko jak szybko się zaczął. "Nie, to nie dla mnie"  usłyszałem od ów kolegi. "Kiedyś próbowałem troszkę biegać i po kilku razach się poddałem, bo nie chciało mi się przeciążać organizmu". Zrozumiałem go.  Nie można nikogo do niczego zmuszać, jednak kilka dni po przeczytaniu artykułu na wspomnianym blogu pojąłem pewną oczywistą oczywistość.

Nikt nie budzi się rano z myślą, że tego właśnie dnia wykończy sobie organizm. Nikt - wierzcie mi - naprawdę nikt nie cieszy się jak dziecko na myśl, że za będzię miał możliwość obciążania energentycznego własnego organizmu. Podejrzewam, że nawet Ussain Bolt kiedy wstaje każdego ranka musi przezwyciężać w pierwszej kolejności własne słabości by móc dalej trenować. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

Nasz organizm jest jak armia - głównym dowódcą jest mózg, naczelnym generałem który jest odpowiedzialny za wdrażanie rozkazów tegoż dowódcy jest ciało, które ma pod swoimi rozkazami biliony komórek (szeregowych?).

Nasz umysł jest tak skonstruowany by podejmować decyzje, które pozwolą przetrwać w każdych warunkach. Wobec tego wydatek energetyczny nie leży w jego interesie. Powszechną wiedzą jest, że podczas wysiłku fizycznego uwalniają się endorfiny czyli hormony odpowiedzialne za poprawienie nastroju i uczucia radości. Są one wytwarzane podczas wysiłku fizycznego jako swoista rekompensata organizmu za tenże wysiłek.

Sztuka polega na "oszukaniu" umysłu. Przekrzyczaniu go, albo może "przepowiedzeniu mu do rozumu" ;-) Gdybym miał zliczyć ile razy po porannym przebudzeniu wpatrywałem się w buty do biegania i zastanawiałem  się czy dam radę to pewnie wyszło by mi jakieś 99 procent wszystkich moich biegów. Umysł jest na tyle sprytny, że stara się łapać każdej możliwości by przekonać cię, że nie musisz: "Za zimno", " Za ciepło", " Za ciasne buty", "I tak się dobrze czuję, po co mi to" i pewnie miliony innych powodów by tylko nie podjąć tej zgubnej dla energetycznego ministerstwa decyzji.

Sęk w tym, że gdy już ta decyzja zapadnie, to zadowolenie jest wprost proporcjonalne do czasu jaki upływa na treningu. A to za sprawą endorfin. Podobno niektórzy naukowcy twierdzą, że endorfiny w organizmie działają na zasadzie przypominającej narkotyk,...tyle że bez narkotyków :-)
Jest w tym coś, ponieważ nie raz doświadczałem czegoś na zasadzie euforii po udanym biegu.

Chciałem napisać ten post, ponieważ uważam, że wielu ludzi, którzy zaczynają swoją historię z aktywnością fizyczną uważa, że dotyka ich ta "wewnętrzna walka", bo są świeżakami  i ukrywają się z tym. Nie! Każdy toczy swoją małą wojnę każdego razu, gdy przychodzi czas decydowania o wysiłku. Każdy. Różnica polega na tym, że Ci którzy robią to już od dłuższego czasu są łakomi tego uczucia, które doznajesz po dobrze wykonanym teningu. To zadowolenie, które przychodzi, gdy po raz kolejny udowadniasz sobie jak wiele jesteś w stanie dokonać jest cenniejsze niż kilka chwil więcej spędzonych z rana w łóżku.

Pozdrawiam

sobota, 5 sierpnia 2017

W biegu część 1

Większą część tego bloga zajmowała tematyka polityczno-społeczno-filozoficzna.
Doszedłem jednak do wniosku, że podzielę się z czytelnikami mojego miejsca w necie czymś co fascynuje mnie bardzo mocno od pewnego czasu. Poznawanie własnego organizmu.
Zacznę od tego, że od dłuższego już czasu w mojej głowie kiełkowała myśl, żeby w swoim życiu wprowadzić zmiany, które spowodują, że zacznę być bardziej aktywny fizycznie. Zaczęło się to wszystko w lutym, więc z perspektywy czasu nie pamiętam już co było czynnikiem sprawczym tego wszystkiego, ale podejrzewam, że nawet nie było to moja nadwaga, gdyż ona nie przeszkadzała mi aż tak bardzo. Wydaje mi się, że podstawowym czynnikiem sprawczym była chęć by w przyszłości razem z rodziną aktywnie spędzać czas. Zrozumiałem, że moralizowanie moich dzieci w przyszłości na temat niezdrowego wpływu kanapowego stylu życia niewiele da, jeśli sam nie pokażę im przykładu w jaki sposób ma wyglądać ten zdrowy tryb życia. 
Muszę przyznać, że jeszcze kilka miesięcy jedyna forma wypoczynku, którą uznawałem był wypoczynek na kanapie przed telewizorem. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym odpoczywać w inny sposób. Dziś jest zupełnie inaczej...

9 luty 2017

Wskoczyłem na wagę i moja waga mnie zaskoczyła w sposób negatywny. 96,1kg to nie było coś o czym marzyłem. Mimo, że od pewnego czasu niektórzy znajomi zauważali, że "utyło mi się" raczej ignorowałem ich docinki. Po pewnym czasie stało się to irytujące. Miałem permanentne uczucie niechęci do jakiejkolwiek fizycznej aktywności. Kiedy syn prosił mnie, żebyśmy pograli w piłkę szukałem jakiejkolwiek wymówki, żeby tylko nie być aktywnym fizycznie. Zdecydowałem, że chcę to zmienić
Zepsuł mi się telefon i musiałem go wymienić. Nowy telefon miał domyślnie ustawioną jakąs aplikację, która zliczała kroki. Jako, że bardzo interesują mnie nowinki technologiczne zacząłem interesować się w jaki sposób ta aplikacja funkcjonuje. Okazało się, że w każdym bodajże nowym telefonie są czujniki, które mogą zostać wykorzystane w odpowiedni sposób przez aplikacje monitorujące aktywność. I w poszukiwaniu takich właśnie aplikacji trafiłem na Google Fit. To był jeden z przełomowych momentów. Kiedy uświadomiłem sobie, że skoro mogę śledzić ile kalorii spalam dziennie to mogę się pokusić o zrzucenie kilku kilogramów (wtedy jeszcze nie wiedziałem gdzie wyląduję).
Jak pewnie miliony ludzi przede mną postanowiłem biegać. I jak pewnie miliony ludzi przede mną bardzo szybko moja przygoda z biegami się zakończyła. Trwała raptem kilka tygodni (w ciągu których moim największym sukcesem było przebiegnięcie 2 kilometrów bez zatrzymywania się). Zakończyłem przygodę z biegami ponieważ zmusiła mnie do tego kontuzja kolana. W ciągu całej tej kilkumiesięcznej przygody popełniłem wiele błędów. Jedne wynikały z nieświadomości, inne z braku przygotowania, jeszcze inne z czystej głupoty. Ten jednak błąd, który skutkował kontuzją kolana był w całej tej historii błogosławieństwem. Błogosławieństwem dlatego, że być może (ale tylko być może) gdybym kontynuował dalej swoją walkę z biegami być może nie dotarłbym do tego miejsca gdzie jestem teraz. Wyeliminowanie mojego kolana skutkowało tym, że musiałem poszukać sobie innej drogi rozwoju fizycznego. I tak pojawił się rower.
Niechybnie w ciągu 2 miesięcy doprowadziłem swoją formę do takiego punktu, w którym po zejściu z roweru potrafiłem (z problemami ale zawsze) pokonać dystans większy niż 2km. Kolano odeszło w zapomnienie.

17 maj 2017

Jak od ostatnich kilku dni postanowiłem pobiegać. Normalny dystans to jakieś 5 Km. 17 maja 2017 roku na 5 kilometrze poczułem, że pociąg z napisem " Wolność" mija mnie z zawrotną prędkością. Wyjścia miałem dwa. Popatrzeć na niego i pomachać pasażerom, albo resztkami sił wbić się do przedziału i spróbować jak najdłużej utrzymać się na nogach tego rozpędzonego pociągu. Wskoczyłem. Mało co nie wyrżnąłem o podłogę, ale utrzymałem się. Pokonałem 10km i to był początek przygody, której nigdy w życiu nie podejrzewałem, że stanę się uczestnikiem. Przygody, która zdawała się tak odległa, że wręcz niemożliwa. Po mojej pierwszej dyszce dosłownie "padłem". Pomyślałem sobie, że dokonałem czegoś wielkiego i nie potrzeba mi już więcej, ale...
Po kilku tygodniach biegów odkryłem że piętnastka nie jest poza zasięgiem. Pokonałem i ją. A wtedy w głowie zrodził się prawdziwie szatański plan...

27 lipca 2017

Jak zwykle wychodzę o 7. Odwlekam ten moment, ponieważ gdzieś wewnętrznie czuję, że chcę więcej, a umysł próbuje się bronić przed wysiłkiem. "Po co mi to", "Zimno jest a ja mam jeszcze tyle spraw do załatwienia, lepiej odpocznę przed męczącym dniem"... W końcu żona przekonuje mnie do wyjścia. I biegnę. Coraz dalej i dalej. Dycha to już nie wyczyn. Pomyślałem, że trzasnę piętnastkę. Trzasnąłem. I wtedy stało się to coś. Coś czego nie da się opisać słowami. To jest jak ten pociąg do którego wbiłem się przy dyszce. Coś co tylko mignie Ci przed oczami i już wiesz, że to jest ten moment. Pomyślałem, że skoro ma 15 to nie jest daleko do 20. Szybki sms do żony "Ile ma półmaraton?". Odpowiedź po chwili "21km i 95 metrów"... Byłem wtedy na 16 kilometrze i pomyślałem, że choćbym miał pokonać na kolanach to nikt mi już tego nie wydrze. Niosła mnie adrenalina. I wyrwałem mój pierwszy półmaraton!
Padnięty, obolały i najszczęśliwszy wpadłem do domu.
24 tygodnie po wejściu na wagę i zdecydowaniu się na tę walkę zdobyłem mój Mount Everest. A co najlepsze  tutaj dopiero zabawa się zaczyna :) ...

Jeśli chodzi o wagę, to nie jest już ona motywatorem, ale udało mi się zrzucić prawie 27kg.

Nie będę się w tych wpisał prostymi receptami na zrzucenie wagi i rozpoczęcie aktywności. Podzielę się moimi obawami, strachem i walką, którą trzeba toczyć każdego dnia jeśli już zdecydujecie się na to "COŚ".

Pozdrawiam

niedziela, 28 maja 2017

Rankiem


Zawsze lubiłem budzić się wcześnie rano i robić wycieczki, kiedy wszystko wokół było nie do końca jeszcze rozbudzone, nie do końca jeszcze w ruchu. Uwielbiam wtedy obserwować jak natura budzi się do życia. Nie można tego zaobserwować niestety, gdy wokół pełno samochodów, ludzi w pośpiechu.
Od pewnego czasu mam częściej okazję budzić się wcześnie rano, a że i pogoda sprzyjała, to wycieczek było coraz więcej. Zarówno tych rowerowych jak i pieszych. I z racji tego właśnie miałem okazję uchwycić kilka świetnych momentów za pomocą aparatu.


Polecam poranne wstawanie


sobota, 6 maja 2017

Rodzicielstwo - poziom drugi

Odkąd Piotruś postanowił swoim pojawieniem się zrewolucjonizować życie w domu pojawiło się u mnie kilka spostrzeżeń które postanowiłem przerzucić na bloga zanim przywyknę i staną się codziennością.
Od momentu, gdy Piotruś pojawił się w naszych głowach jako pragnienie wiedzieliśmy, że bycie rodzicami dwójki dzieci to nie " rurki z kremem" i chociaż mentalnie byliśmy pewnie gotowi, to rzeczywistość składająca się z tych wszystkich pojedynczych małych chwil jak zawsze zweryfikowała pewne wyobrażenia o rodzicielstwie.
I oto właśnie dziś nadszedł dzień, gdy moim oczom pojawił się drugi level w rodzicielstwie. A na czym on polegał?
Ujrzałem go zaledwie na sekundę, podczas kąpania Najstarszego gdy kolacja była nie zakończona a ledwie przerwana a w myślach nalewałem płynu do mycia naczyń, żeby być już trochę "do przodu" popatrzyłem na moją owsiankę na mleku, która stygła na stole i wtedy właśnie gdy Najstarszy rzucał kolejnym "a dlaczego" i nim zakończył pytanie mój umysł intensywnie pracował nad odpowiedzią na tyle wyczerpującą, by następne "a dlaczego" już nie padło - właśnie wtedy na zaledwie jedną chwilę pomyślałem sobie, żeby może zjeść tę owsiankę w łazience, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

I to był właśnie drugi level.

Poziom, który pewnie wielu z czytelników tego bloga ma na co dzień, albo doświadczyło już nie raz, albo może i nawet z łatwości którego się śmieje bo ma trójkę dzieci.
Dla mnie jednak ta jedna jedyna myśl była tym poziomem. I pewnie jeszcze wiele razy go doświadczę w przyszłości albo może i będzie jeszcze bardziej "harkorowo", ale ten jeden moment dziś musiałem wrzucić na bloga.
Albo i takie spojrzenie które rodzice rzucają sobie nawzajem jakby byli gdzieś po dwóch stronach dalekiego brzegu, żeby drugiej stronie dać znać sygnał że gdzieś tam ponad horyzontem jest ta wspólna siła, dzięki kórej wszystko można pokonać  - "Jeszcze jestem, daję radę, nie nadaję SOS" :-)

(NIE)Poprawnik Polityczny cz.1

Polska to doprawdy kraj wielu możliwości. Ogólnie ostatnimi czasy abstrahuję od poruszania się po tematyce naszego rodzimego podwórka politycznego, lecz czasem ciąży mi niepodzielenie się z kimś moimi przemyśleniami na ten temat, więc się dzielę
Zastanawiałem się ostatnimi czasy nad stanem naszej polskiej sceny politycznej. Jakoś tak mnie wzięło na przemyślenia po tym jak przez przypadek natrafiłem w TV na relację z marszu w obronie wolności zorganizowanej przez opozycję. Dochodzę do niestety bardzo smutnych wniosków.
Polska roku 2017 jest według mnie krajem bardzo charakterystycznym.
Mamy jako prezydenta prawnika, który jednocześnie nie przestrzega konstytucji, której jego urząd powinien być gwarantem. Prezydent ponadto charakteryzuje się tym, że potrafi być przyprowadzany do porządku przez wiele osób takich jak np. rzeczniczka partii, z ramienia której został delegowany. Ciekawym wydaje mi się również pomysł przyszłorocznego rozpisania referendum w sprawie nowej konstytucji bo czas zacząć zadawać pytania na temat ustroju. Tak się tylko zastanawiam w jakim celu mamy mieć nową konstytucję skoro starej nie potrafimy uszanować.
Ciekawym jest również spostrzeżenie prezydenta na temat dzieci i wnuków komunistów, którzy dziś zajmują wiele eksponowanych stanowisk. Wychodzi na to że patrioci dziś wywodzą się z jedynie słusznego środowiska. Dziwi mnie to o tyle, że partia zarządzająca dziś krajem zdaje się wspierać osobami, które swoje CV uzupełniały w czasach słusznie minionych.
Nie wiem jak państwo, ale gdy słyszę pana Piotrowicza z trybuny sejmowej grzmiącego, że postkomunistów trzeba zwalczać to nie wiem czy ktoś nie pluje mi w twarz i nie mówi że pada deszcz. "Bill Clinton palił trawę ale się nie zaciągał" śpiewał swego czasu Kazik Staszewski...
Dalej mamy historię aptekarza, który jest chłopakiem pracującym i żadnej pracy się nie boi. Czy to wiceminister, czy aptekarz czy rada nadzorcza spółki skarbu państwa - chłopak lubi wyzwania, no a gdzie ma doświadczenie zdobyć jak nie w świetnie płatnej pracy w budżetówce.
Mamy Ministra Obrony Narodowej, który rzuca jakieś oskarżenia na lewo i prawo, zrywa kontrakty i mówi, że sprzęt będzie dostarczony w czasie, potem mówi, że tego sprzętu to aż tyle nie potrzeba, gdzieś po drodze wpada na genialny pomysł, że może jednak do pospołu z Ukraińcami zbudujemy własne helikoptery a obecnie to już w ogóle nic nie wiadomo jak to z tymi helikopterami jest.
Mamy komisję do spraw rozwiązania katastrofy smoleńskiej, która na razie nic nie udowodniła ale zna już winnych.
W dalszej kolejności mamy panią premier, która słynie z tego, że jest panią premier.
Złotymi zgłoskami w annałach polskiej służby dyplomatycznej zapisze się wg mnie pan Minister Spraw Zagranicznych. Jego wpadki były nawet nie tyle zabawne, co przerażające dyplomatycznie. Uczono mnie, żebym nie wypowiadał się, jeżeli nie jestem czegoś pewien, dlatego w łeb zachodzę skąd ten San Escobar mu się wziął i po co to na antenie rzucił. W łeb też zachodzę dlaczego partia nam zarządzająca wysuwa na pierwszy plan takich ludzi mając w zanadrzu o wiele inteligentniejszych.  przypadku ministerstwa spraw zagranicznych to gdzieś w tle pojawia się postać Konrada Szymańskiego, który przynajmniej na wizji jawi się jako ktoś bardziej kompetentny od swego szefa. Rozumiem, że trzeba tłumaczyć się czasem z linii partii gdyby nawet nie wiem jak idiotyczna była, ale można przynajmniej nie robić z siebie pośmiewiska.
A po drugiej stronie opozycja. Nawet nie wiem od czego zacząć. Najpierw było okupowanie Sejmu, które to z zakrawało na komedię. O ile nie zgadzałem się z odbieraniem głosu posłom (to nie pan Panie Marszałku wybierał posłów a suweren i odbierając głos jednemu posłowi zabiera pan głos jego elektoratowi) o tyle to co stało się później było po prostu żałosne.
Tytuł komedianta roku wręczyłbym osobiście panu Petru, który w związku z "zamachem stanu" w kraju postanowił odpocząć na Maderze. To tylko udowadnia jak bardzo politycy mają obywateli tam gdzie światło nie dociera.
 Mamy niestety w Polsce taką opozycję, która sama nie wie co ma robić. Jej jedynym celem jest bycie w opozycji do rządu. Nie ma pomysłu na alternatywę, o zresztą nie jest dziwne, bo od roku 2005 mamy w Polsce ten sam scenariusz tylko reżyser się czasem zmienia. PO i PiS jest tak wyjałowioną formą  politycznej alternatywy, że wolę najnowsze odcinki Ojca Mateusza zamiast dialogów prowadzonych przez przedstawicieli tych partii.
Niedawno Wojciech Cejrowski zaproponował, żeby polityków można również było odwoływać ze stanowiska. Świetny pomysł, który wiem, że nie przejdzie. Miałem jednak cichą nadzieję, że jak partia zarządzająca wpadła na pomysł jednokadencyjności burmistrzów, wójtów, etc, że ktoś wpadnie na pomysł, żeby to samo zastosować w Sejmie. Niestety rozeszło się po kościach, a tymczasem mamy takich którzy siedzą w sejmowych ławach po dwadzieścia kilka lat i niczego innego robić nie potrafią a odświeżenie naszej kadry politycznej wyszłoby nam tylko na dobre.
Pozdrawiam

czwartek, 4 maja 2017

Widmo krąży nad Europą...

...widmo wojny.
Ze smutkiem obserwuję odbudowę narodowych resentymentów w wielu krajach starej dobrej europy. Do głosu dochodzi niezadowolenie, co jest naturalnym procesem w obliczu sytuacji kryzysowych takich jak bezradność Unii Europejskiej wobec masowego napływu emigrantów z Bliskiego Wschodu,i Afryki, kryzys ekonomiczny czy bierność wobec wyzwań na miarę XXI wieku.
W moim odczuciu Europa powinna być zjednoczona. Tymczasem obserwujemy brak przywództwa, bierność wobec wyzwań oraz odradzanie nacjonalizmów.
Fakt, że Marine Le Pen wystartuje w II turze wyborów prezydenckich Republiki Francuskiej jest klęską nowoczesnej Europy.
Kontynent przez który przetoczyły się  wojny światowe doszedł w pewnym momencie swojej historii do wniosku, że tylko wspólnota  może być odpowiedzią na trudności z jakimi trzeba się zmierzyć. I rzeczywistości wspólnota ta działała całkiem nieźle. Niestety tylko do pewnego momentu. O ile od 1945 roku budowa nowoczesnej wspólnoty europejskiej stało się ewenementem, o tyle po 2008 roku stało się zbytnim ciężarem (przynajmniej dla niektórych państw). Tam, gdzie zaczęły pojawiać się problemy wraz z nimi zaczęły pojawiać się też pytania. Dlaczego tylko kilka państw ma ciągnąć za sobą resztę.
Od roku 2008 mamy pojawiające się pytania w krajach "starej europy" o sens Unii Europejskiej w takiej postaci w jakiej przedstawia się ona dziś. Efektem tych rozważań jest m.in. Brexit.
Brytyjczycy zdecydowali w referendum o wyjściu ze wspólnoty i teraz jesteśmy świadkami przeciągania liny między Komisją Europejską a Wielką Brytanią. W związku z Brexitem pojawiły się dotąd zapomniane konflikty - Szkocja apeluje o ponowne referendum w sprawie secesji. Hiszpania wypowiada się w sprawie ewentualnego losu Gibraltaru (co rozwściecza UK), a i słychać już głosy płynące z Irlandii Północnej, że istnieje możliwość przeprowadzenia referendum w sprawie zjednoczenia wyspy...
Odżywają stare konflikty, które nie do pomyślenia były we wspólnocie.
Nie chciałbym być zrozumiany źle - Unia Europejska potrzebuje reform i diametralnej zmiany. To co było odpowiedzią na problemy w latach 50-tych nie jest aktualne 70 lat później. Jestem jednak przekonany, że to co leżało u podstaw utworzenia Unii wciąż jest aktualne. Jedność i solidarność. Moje pokolenie jest bodajże pierwszym, które w największym stopniu korzystało z przywilejów bycia częścią Unii, dlatego też właśnie mojemu pokoleniu powinno zależeć najbardziej na uleczeniu tej schorowanej wspólnoty.
Śmiem twierdzić, że odbudowa narodowych resentymentów w Europie doprowadzi w pewnym momencie do tego przed czym Unia Europejska miała w swej istocie nas ochronić...

niedziela, 30 kwietnia 2017

30.04.2017

Zostawiłem miejsce moich żalów na dłużej, a wiele się działo.

21.04.2017 na świecie pojawił się Piotr. Zrobił to w sposób najmniej przez rodziców oczekiwany i zmusił nas do działań, o które pewnie sami byśmy siebie nie podejrzewali że jesteśmy do nich zdolni. Podobno chwila wymusza na człowieku działanie. Tak też chyba było w tym przypadku.
No i całe życie się diametralnie odmieniło. Jest nas czterech. I jest mnóstwo nowych sytuacji, które być może zaowocują przemyśleniami przerzuconymi na bloga.
Jak już pewnie gdzieś zauważyłem podczas moich poprzednich wpisów - bycie rodzicem jest najfajniejszą sprawą na świecie - możliwość obserwacji rozwoju młodego człowieka jest czymś co mnie będzie fascynowało do końca moich dni.

Ostatnio zastanawiam się nad pewną sprawą. A mianowicie nad tym jak ludzkość wyrzeka się umysłu na rzecz różnorakiej wiary (nie chodzi mi tutaj o pojęcie wiary jedynie w sensie religii a raczej ogólnie). Dajemy się ponieść wszystkiemu, co tylko daje nam poczucie jakiegoś sensu, bo nie możemy znieść poczucia, że w naszym życiu jest bezsens? A może nie chcemy uwierzyć w to, że nasze życie nie ma jakiegoś większego celu, że życie być może jest celem samym w sobie.
Zawsze mnie zastanawiało jak bardzo można dać się otumanić wierze w cokolwiek, aby stać się fundamentalistą. Wiara w religię, wiara w zamach smoleński, David'a Icke (...), cokolwiek. Jakakolwiek wiara podniesiona do rangi fundamentalizmu nie przynosi nic dobrego.

Tymczasem zostaliśmy wyposażenie we wspaniałe narzędzie pozwalające przeprowadzać nam analizy róznorakiej maści. Umysł. Mamy świadomość.

Po prostu nie umiem sobie tego wyjaśnić.

A może... "świat jest moim wyobrażeniem" .




niedziela, 22 stycznia 2017

2017 wita

Witam wszystkich!
Znajdujemy się w roku 2017, więc jednak udało się tego dokonać.
Minęło 3 tygodnie, więc czas na małe resume z początku naszego nowego roku. Jak raczej wszyscy się spodziewaliśmy nie nastąpił koniec świata z początkiem nowego roku. Mimo wielu wskazówek dla których 2017 jest rokiem, w którym czeka nas wiele perturbacji na razie nic nie nastąpiło. Dnia wczorajszego Donald powziął odpowiedzialność za imperium amerykańskie zapewniając nas, że nie będzie się pieprzył w tańcu, spodziewamy się więc nieszablonowych rozwiązań.
Na naszym rodzimym podwórku gówniarstwo parlamentarne udało się w końcu ogarnąć i nie mamy już kryzysu w sejmie. Choć może rozwiązany to może zbyt mocne słowo. Patologiczni kłamcy wobec narodu stwierdzili, że zawieszą broń na kilka dni, by przeanalizować jaki dalszy dyskurs rozpocząć (czytaj jak podzielić naród tym razem). Mali podli nieumiejący pracować na siebie parlamentarne pasożyty rozpoczną nowe podziały, więc nic się nie zmieni. Dzięki nim dowiemy się że po pierwsze odzyskujemy niepodległość wobec tych wobec kruchych zawsze byliśmy podlegli (oczywiście druga wersja będzie skrajnie odmienna i oto poinformowani zostaniemy o tym, że Białoruś to przy Polsce raj). Wszystko tylko i wyłącznie po to by polaryzować społeczeństwo.
Media pozostaną nieodmiennie niezależne (albo wobec władzy albo wobec sponsorów).
Z telewizji niezmiennie nie dowiemy się nic, co mogłoby mieć wpływ w jakikolwiek sposób na nasze życie, ponieważ żadne medium nie będzie w stanie zaaplikować nam informacji nie skażonych ideologią.