Muzyczne Inspiracje cz.14 - TIAMAT "WILDHONEY"

 


Lata 90 w muzyce metalowej były ciekawe. To co narodziło się w latach 70-tych i dojrzewało w 80-tych wybuchło z całą swoją siła w latch 90-tych właśnie. Jest to zdanie moje własne, z którym każdy czytający te słowa ma prawo się nie zgadzać. Jako, że moje muzyczne dojrzewanie przypadło na końcówkę lat 90 niestety nie "załapałem się" na te epokowe momenty muzyczne. Przynajmniej nie na te wszystkie. Gdzieś pod koniec lat 80 w skandynawii zapanowało totalne szaleństwo na muzykę spod znaku rogatego. Kapele powstawały szybciej niż grzyby po deszczu. Na fali tego szaleństwo powstał zespół Treblinka, który początkowo swoją twórczością zachaczał o rejony black i death metalu. Zespół zmienił nazwę na Tiamat. W 1992 roku wydaje album pod tytułem Clouds, który zwiastuje zmiany. Zespół zaczyna swoją wędrówkę w kierunku poszukiwania własnej ścieżki. Już tutaj pojawiają się akystyczne wstawki (vide wstęp do "In a Dream"), klawiszowe pejzaże ("A Caresss of Stars") czy też industrialne wstawki ("Undressed"). Wraz z albumem Clouds współpracę rozpoczął z zespołem nasz rodak Waldemar Sorychta, który to był producentem wielu przełomowych albumów by wymienić Wolfheart Moonspell'a , "Mandyllion" The Gathering czy też arcydzieło o którym traktuje ten wpis.
...
Był 1 września roku 1994 kiedy to zespół Tiamat wydaje album Wildhoney. Trzeci album studyjny wydany przy współpracy z Century Media i który jak się później okazało był jednym z największych komercyjnych sukcesów ze stajni Century Media.
Album otwiera tutyłowy "Wildhoney". Instrumentalny, niepokojący, trwający niecałą minutę nieco rozmarzony charakter utworu urywa się by otworzyć drogę do uderzenia numer 2. "Whatever That Hurts" rozpoczyna ciężki, mięsisty riff, by za chwilę przejść w instrumentalną podróż. Wokal Johana Edlunga rozpoczyna niemal szept. Jest to jednak szept pełen niepokoju. Szept, który podobnie jak muzyja urywana ciężkim riffem zamienia się w charakterystyczny growl Edlunga.
Utwór numer 3 to "The Ar". Mroczny, ciężki . Pełen psychodelicznych efektów. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych riffów w historii zespołu. Kolejne "25th Floor" jak sama nazwa wskazuje wprowadza nas na tajemnicze 25 piętro. Mocno industrialny kawałek pełen psychodelii.
I po tym instrumentalnych utworze następuje opus magnum tego albumu. Absolutne mistrzostwo i wirtuozeria w komponowaniu ale również aranżacji tego utworu jest niezaprzeczalne. "Gaia" to imię bogini, która symbolizuje Ziemię. I o tym jest również ten utwór. I pięknie oraz majestacie natury, aczkolwiek nie lubię publicznie interpretować tekstów, więc tą część pozostawiam wam.
Kolejnym jest "Visionaire". Bardzo gotycki uwtór, nacechowany ciężką gitarowym riffem oraz chwytliwą melodyjną gitarą. Utwór w którym growling kontrastuje  czystym śpiewem. Utwór prowokacyjny pełen buntu.

"Słonecznym nożem przekrawam niebo

i wchodzę prosto w ostrza ślad
by znaleźć odpowiedź na każde "dlaczego?"
widziałem zakryty przed wami świat"

Kolejnym utworem jest instrumentany "Kaleidoscope". W tle odgłos deszczu i burzy a na pierwszym planie delikatna akustyczna gitara. Utwór, który kołysze, ale i niepokoi. Utwór, który poniekąd wprowadza i łączy się z kolejnym w zestawie ."Do You Dream Of Me?" Akustyczny nieco hipnotyczny ton utworu pozwala zatracić się w tej muzyce. Dla mnie zdecydowanie jeden z najlepszych momentów tego albumu:

"Spokojnie, powoli
Czekam przy twoim boku
Spokojnie, ostrożnie
Czekam przy twoim boku

Podniosę cię, kiedy upadniesz
W dół do budzących się godzin
Cicho omiatających jak złote ziarno
W dół do budzących się godzin

Jak bardzo pragnę, by móc
Włamać się do twoich marzeń
Czy mam taką siłę, której potrzebuję
aby włamać się do twoich marzeń?

Trzymam cię w swoich ramionach
Przyćmiony szkarłatną czerwienią poranka
Szeptam ci do ucha:
"Czy o mnie marzysz?"

Kolejnym jest nacechowany psychodelicznymi dźwiękami "Planets". Bodajże najdłuższy instrumentalny utwór na tej płycie. Bardzo spokojny i niesamowicie hipnotyzujący.

Zwieńczeniem albumu jest "A Pocket Size Sun" uwtór, który jest nieco inny charakter niż cała płyta. Wielu mówi, że to najbardziej Pinkfloydowski utwór na tej płycie. Nigdy nie poznałem tak bardzo Pink Floyd aby wyrażać takie opinie, jednak zdecydowanie można na tym albymie poczuć ducha floydów.


Moja niepoprawna próba opisania tego abumu zakończona sromotną porażką, ale innego wyniku nie może być w próbie objęcia słowami, tego czego słowami objąć nie można. 
Choćbyśmy dysponowali najbogatszym językiem, to nigdy wiernie za pomocą słów nie opiszemy uczuć oraz emocji. 
Z tym albumem jest podobnie. Można mieć z nim przelotny romans lub zakochać się bez pamięci i zatracić. 
Jest tutaj tak wiele różnych emocji, że nie sposób charakteryzować go jakoś jednoznacznie. Jest tu jakaś nieopisana bliżej nostalgia oraz tęsknota. Ten album jest jak senne marzenie. Jak skok w przepastny otchłań onirycznej rzeczywistości. Nie jest dla każdego, być może dla nielicznych. 
To jest album, który doskonale brzmi jesienią oraz zimą, gdy dni są coraz krótsze a mrok spowija świat.
Czasem jest tak, że aby wystąpiła ta bliżej nieokreślona "chemia" potrzebna jest odpowiednia chwila. Być może właśnie tak było w moim przypadku, gdy słuchając tego albumu zimowym wieczorem gdzieś w okolicach roku 2000 poddałem mu się całkowicie.

Podsumuję ten wpis słowami z utworu pod tytułem "Visionaire:

"Okradam noc z jej cienia
by ustrzec się waszego spojrzenia
jam wizjonerem jest
pójdź za mną jeśli śmiesz"


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na początku zrozum, że umierasz

Metal