wtorek, 26 czerwca 2018

W biegu (4)

Postanowiłem jakiś czas temu, że nie będę pisał nic na temat biegania dopóki w danym miesiącu nie przyklepię stówki. Ostatni taki wynik uzyskałem w zeszłym lipcu, ale w tym roku się uparłem jak osioł, no i musiałem. Dlatego piszę :-)
A więc biegam dalej.
Gdy zaczynałem największym strachem było to, że jest to jakiś sezonowy wybryk, bo udało mi się zrzucić parę kilogramów a co za tym idzie motywacja wyskoczyła w górę niczym ropa w Arabii Saudyjskiej. Na strachu jednak się skończyło (bynajmniej na razie). Podsumowując jednak pierwszy rok biegania muszę stwierdzić, że były momenty złe. We wrześniu trzasnąłem życiówkę na dychę i nóżki rwały się do kolejnych rekordów, niestety jednak chęci gdzieś się rozmyły i im bliżej grudnia tym mniej było klepania kilometrów. Doszło do tego, że w grudniu było 0. Podrażniła mnie jednak znajoma z pracy stwierdzając, że skoro nie biegam zimą to jestem sezonowcem no i zabrałem się do pracy.
Nowy Rok rozpocząłem od dychy - świetna sprawa. Myślę, że będzie to moją nową tradycją. Nowy rok zazwyczaj obfituje w jakieś nowe postanowienia i plany. Ale zaczęcie go od dobrego biegu daje niezłego kopa.
Styczeń i Luty były spokojne - po 50 kilka kilometrów. Zazwyczaj dużo biegania przez krótki okres czasu, a wtedy w ogóle. Marzec był miesiącem straconym z jednym biegiem, Kwiecień też do najlepszych nie należał. Za to Maj już zdecydowanie lepszy a miesiąc obecny to już jest świetna sprawa.
W Lutym machnąłem pierwszy w tym roku półmaraton. Nie był dobry. Był bardzo niedobry. Pobiegłem świetną dychę, kolejne 4 były nienajgorsze więc zapaliła się półmaratonowa lampka. Niestety od piętnastego kilometra to już była droga przez piekło i o ile czasy były nienajgorsze do dyszki to reszta była po prostu wstydliwa. Poza tym kości były masakrycznie obolałe i musiałem dochodzić do siebie przez dłuższy czas.
Podczas urlopu w Polsce miałem świetną okazję testowania organizmu w warunkach raczej niesprzyjającyh, tzn. przy temperaturach w okolicy 30 stopni. Ciężko, ale nie najgorzej. Chyba najlepiej biega się rano, bo nie ma zbyt wielu ludzi, którzy usiłują Cię przejechać. Najbardziej wyczerpanie organizmu odczułem przy krótkim biegu na centralnym słońcu na rozgrzanym asfalcie. Nie pomógł fakt, że nie jestem przyzwyczajony do biegania z wodą (trzeba zmienić przyzwyczajenia o czym boleśnie przekonałem się wczoraj - o tym za chwilę).
Ogólnie rzecz ujmując czas spędzony na urlopie pomógł mi w jakiś sposób wrócić do biegania.
...
Wiele w życiu się pozmieniało i trzeba mi było przeorganizować system dnia. Przez dłuższy czas nie potrafiłem wyobrazić sobie połączenia opieki nad dzieckiem z bieganiem. Próbowałem różnych sposobów jednak nie byłem zadowolony ponieważ zawsze coś musiało odbywać się kosztem czegoś. Wtedy to właśnie wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł, że skoro nie umiem pogodzić opieki nad dzieckiem z treningiem, to muszę je połączyć. I tak oto zacząłem biegać razem z Piotrusiem :-) To znaczy ja biegnę a on podziwia widoki z wózka. Połączenie to wydaje się wręcz idealne z kilku powodów. Po pierwsze nie zabieram czasu z dzieckiem na realizowanie własnych przyjemności, po drugie Piotruś spędza czas na świeżym powietrzu (czasem nawet potrafi podczas takiego biegu wyspać się). Podstawą jest dobre zorganizowanie się i zgranie razem z nim.
Kolejne założenie jest takie, żeby zarazić bieganiem Oliviera. Ma za sobą już swój pierwszy kilometr.
...
Od kilku tygodni biegania z Piotrusiem chodziła za mną pewna myśl. Była jak swędzenie, które trzeba podrapać bo inaczej nie da spokoju. Półmaraton. Pchając wózek po raz pierwszy po 7 kilometrach zdrętwiały mi stopy i musiałem stanąć. Wydaje mi się, że była to kwestia ułożenia ciała podczas biegu. Byłem lekko nachylony do przodu i gdzieś tam był nacisk na dolne partie kręgosłupa, które skutkowały betonowymi bucikami właśnie. Wracając do Półmaratonu - myśl kiełkowała nieśmiało jakiś czas, wiedziałem jednak, że dycha to za mało, żeby rwać się na tak długi dystans. Postanowiłem więc zwolnić tempo biegowe i skoncentrować się na wytrzymałości. Zrobiłem 14km, choć były szanse na więcej. Niestety zostałem poniekąd zmuszony do wcześniejszego finiszu. Kolejny start zakończył się piętnastką - tym razem biegłem bez Piotrusia, który pozostał pod czujnym okiem cioci. Po tym biegu wiedziałem, że mogę spróbować "ugryźć" półmaraton. Jako miarodajne sprawdzenie zawsze traktowałem 15km.
Wczoraj wybiegłem z Piotrusiem na dychę, chociaż gdzieś podświadomie wiedziałem, że nie będzie to dycha. Pierwsze 10 było świetne, powiedziałbym relaksujące. Od samego początku nie forsowałem tempa. Na 12 kilometrze zacząłem odczuwać dolne partie kręgosłupa i bałem się że będzie podobnie jak w lutym. Na szczęście wystarczyła chwila marszu i lekkie rozmasowanie. Kolejny mini kryzys pojawił się na 15-16km, kiedy to uświadomiłem sobie że organizm doprasza się o elektrolity. Moja własna głupota. Biegając dyszkę można przeżyć bez wody - biegając 21km nie. Z pomocą przyszedł Seba. Gdyby nie zimna cola i szklanka wody trzeba by było skończyć szybciej. A jednak się udało! Pierwszy półmaraton z Piotrusiem. Co najlepsze nie ma takiego zmęczenia jak było w przypadku każdej poprzedniej półeczki. Być może klepanie kilometrów pomogło.
Teraz czas na spotkać się z dietą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz