wtorek, 27 lutego 2018

Eschatologicznie

Zastanawiałem się ostatnio nad tym jak bardzo nie jesteśmy w stanie uwierzyć we własne możliwości.
Tak, wiem dziwne to raczej przemyślenia, ale natchnęło mnie.
Czytałem coś gdzieś i tak sobie pomyślałem, że trzeba chyba przerzucić parę słow na bloga. Niebardzo nawet wiem, od czego zacząć.
Czytałem artykuł. Nie pamiętam już dokładnie o czym był. Jedno co utknęło mi w pamięci było to,  że autorka chętnie uzasadniała swoje twierdzenia Bogiem. Coś się stało, bo Bóg tak chciał, coś innego się nie stało, bo Bóg wie lepiej.
Szczerze mówiąć miałem kilka razy szansę na zderzenie się z takim podejściem, więc pewnie dlatego przeczytanie ów artykułu było tym punktem zwrotnym, w którym postanowiłem, że chyba uruchomię katalizator w postaci blogowiska :)
Zanim jednak podejmę próbę skonfrontowania się z tematem muszę jeszcze wyznać, że uważam, że jestem wierzący, bo może i pewnie ma to wpływ na moje rozumienie pewnych kwestii.

Pytanie pierwsze: "Czy aby napewno Bóg tak chciał?"
Zdaje mi się, że osoby używające takiego powodu do uzasadniania zaistniałych sytuacji nie umieją pogodzić się z faktem, że na życie składa się wiele różnorakich sytuacji z których na jedne mamy większy wpływ, a na inne mniejszy. Nieumiejętność lub może niechęć zrozumienia tego skutkuje rozpaczliwą w mojej opinii próbą uzasadniania zaistniałych chwil. Uzasadnienia takiego najczęściej używamy w momencie gdy umiera ktoś bliski. Być może nie od razu, bo chyba w pierwszym momencie pojawia się żal, smutek, niedowierzanie. Być może nawet złość w pewnym okresie. Później jednak przy próbie pogodzenia się z zaistniałą rzeczywistością rodzi się przeogromna potrzeba uzasadnienia. Jak można uzasadnić coś co przeczy logice? Np. gdy umiera dziecko? Tutaj pojawia się Bóg. Ponieważ nie jesteśmy go w stanie pojąć naszym rozumem, zatem i jego boskiemu planowi przypisujemy to czego wyjaśnić nie potrafimy.

Pytanie drugie: "Czy masz wpływ?"
To ważne pytanie. Chyba najbardziej denerwuje mnie fatalizm. Fakt wyrzekania się wiary we własną sprawczość. Bóg dał człowiekowi wolną wolę nie po to by przerzucał odpowiedzialność na Stwórcę, lecz by zakasał rękawy i wziął życie we własne ręce. Na wiele sytacji mamy mimo wszystko wpływ, choć być może tego nie zauważamy. Mamy nawet wpływ na wielkie sprawy. Choć często przekonujemy siebie nawzajem i utwierdzamy w przekonaniu, że nasz wpływ jest żaden to tak nie jest. Czy mam wpływ na wojnę. Mam. Historia postępu ludzkości, to historia odważnych wizjonerów, którzy byli przekonani o swoich racjach mimo swego osamotnienia uparcie dążyli do rozpowszechniania swoich poglądów i tez. Dzięki ludziom , którzy wiedzieli, że mają wpływ dziś Ziemia nie kręci się wokół Słońca, lecz odwrotnie.
Nie neguję, że istnieją sytuacje, na który mamy bardzo mały lub żaden wpływ, nie zmienia to jednak faktu, że często wszystkie klasyfikujemy w ten sposób
Czy mam wpływ na wojnę - mam. Mogę podjąć wiele decyzji, które w mniejszym lub większym stopniu zniekształcą obraz wojny. Mogę nie pójść do wojska. Mogę rozpowszechniać informacje o prawdziwym powodzie wojny. Mogę założyć organizację nawołującą do zaprzestania działań wojennych. Mogę w końcu pomóc komuś w dalekim zakątku naszego globu w różnoraki sposób.
Mogę również jak to miało miejsce ostatnio pod zdjęciami z ataku chemicznego w Syrii, w którym ginęli dzieci zamieścić emotikon z misiem roniącym łezkę, lecz raczej niewiele to zmieni (...).

Podsumowując.
Nie chcę wrzucać Bogu, o którym mówię, żę jest miłością wszystkiego co najgorsze i dla mnie niezrozumiałe.
Chcę za to podejmować wyzwanie.

"Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego."


wtorek, 26 grudnia 2017

Na nowy rok

Koniec roku to zawsze w moim przypadku czas swego rodzaju podsumowań.
2017 był w moim przypadku przełomowy. Słowa "nie mogę" i "nie potrafię uwięzły mi w gardle w pewnym momencie i pomyślałem, że mogę. Mogłem... I Potrafiłem...
 Rok 2017 to rok zwrotny. To granica, po której przekroczeniu uświadomiłem sobie, że w ogóle można ją przekroczyć.

Piotruś.
Rodzic daje swojemu dziecku życie. Piotruś swoich rodziców poprosił jeszcze by pomogli mu to życie zacząć. Gdy jesteś pierwszą osobą na świecie, która ma możliwość poczucia dotyku skóry swojego dziecka termin "bliskość" zyskuje nowego wymiaru.
W przypadku Oliviera było to spojrzenie, w przypadku Piotrusia dotyk :-)
Oglądanie jak dorasta człowiek jest najbardziej fascynującym zajęciem na świecie. Bycie rodzicem to najbardziej fascynujące zajęcie na świecie.

Bieg.
Swego czasu istniały poważne obawy co do tego, że nie będę chodzić. Ta myśl przyświecała mi, kiedy w tym roku pokonywałem swój pierwszy półmaraton. Ta myśl mnie karmiła i motywowała.
To było istne szaleństwo. Biec jak najdalej  to był mój plan. Być może przyświecała mi myśl, że każdy jeden kilometr jest w jakimś sensie "na kredyt", bo wiem, że zdrowie nie jest dane na zawsze.
Ponad 500 kilometrów dalej jestem już  nieco spokojniejszy i pełen nadziei na kolejny rozbiegany rok. Bez pośpiechu. Smakować radość z biegania.

Dieta
Nie lubię o tym pisać z jakiegoś powodu, ale stało się, że zniknęła w pewnym momencie jedna trzecia mnie. Ta mniej przeze mnie pożądana. I choć nie przykładam jakiegoś większego znaczenia do wagi w chwili obecnej (święta!!!), to w lutym 2017 roku zaczęło się szaleństwo w czystej postaci. Szaleństwo, którym mam nadzieję udało mi się zarazić kilka osób i dzięki czemu wszyscy są jakoś bardziej uśmiechnięci.

***
Jest takie słowo w języku duńskim - Hygge. Polecam każdemu, kto znajdzie 5 sekund wolnych czytając ten wpis wyszukać je w google. Hygge to mój nowy obiekt badań i nadzieja na 2018.
Pewnie każdy ma jakieś plany na nowy rok. Mam i ja. Nie chcę ich wymieniać na blogu, bo przede wszystkim muszę  chcę wywiązać się z nich przed sobą samym. Ważne jest podejście. Nie warto mieć wielkich planów, by wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Ważne jest mieć dziś dobry dzień. Ważne jest dziś podjąć dobrą decyzję. Ważne jest zrobić właśnie w tym momencie pierwszy malutki kroczek do przodu.
Półmaraton to 21 097.5 metra. Nie da się go pokonać jeśli nie nie uwierzysz, że warto pokonać pierwszy metr :-)

Życzę wszystkim w nadchodzącym 2018 roku zdrowia, radości i uśmiechu

wtorek, 19 grudnia 2017

???

Hej.
Minęło sporo tygodni od czasu kiedy po raz ostatni podjąłem się politycznego kursu. Miałem nadzieję tego kierunku nie obierać ponieważ tu nikt nie wygrywa, ale granica przy której jestem w stanie wytrzymać została przekroczona po raz kolejny i nie jestem w stanie pozostać obojętnym.
Przyjąłem już do wiadomości, że dla partii rządzącej  nie istnieje opozycja, tylko opozycja totalna (w domyśle  opozycja totalna warunkuje rządu o zapędach totalitarnych?). Przyjąłem na klatę fakt, że władzę w kraju sprawuje partia, która nie zna kompromisu. W 1992 roku rząd Olszewskiego został obalony i w ciągu tych ostatnich 25 lat pan prezes zdołał wyciągnąć wnioski z zaistniałych sytuacji. W 1992 roku mieliśmy do czynienia z rządem, który był słaby. Zbyt słaby jak na swoje plany (zresztą tak jak kilka kolejnych rządów po nim). Była jednak pewna różnica. W 1992 roku rząd Olszewskiego wpadł w pułapkę mesjanizmu narodowego, że oto teraz stoimy nad krawędzią starego i nowego systemu a jedynymi, którzy są w stanie przeprowadzić naród na drugą, lepszą stronę jest właśnie ekipa prezesa Jarosława. Każdy inny jest wszak agentem obcego kontrwywiadu. Nie udało się. Polska demokracja była słaba. Dopiero raczkująca. Rządy i premierzy zmieniali się co kilka miesięcy. Rząd Olszewskiego upadł jak wiele po nim zanim doszliśmy do jako takiej normalności. Jarosław nie umiał jednak na tyle pogodzić się z przegraną swojej wizji, że musiał jej upadek usprawiedliwić. Tak powstała "Nocna Zmiana" i wszystkie "okołopecowskie" legendy. Wszak mesjanizm nie mógł tak zwyczajnie upaść.
Nastąpił rok 2006. Wszystkie znaki na ziemii i niebie wskazywały na to, że oto mamy triumfalny powrót dowódcy. Nie wziął on jednak pod uwagę, że koalicjant może mieć rozbieżne wizje z jego własnymi. Rząd upadł.
Wtem nastał październik roku 2015 i stało się coś zupełn ie nieoczekiwanego. Polacy znudzeni 8 -letnimi rządami liberałów z PO podjęli decyzję o przekazaniu władzy w ręce PiS. Ten szansy prezes postanowił już nie zmarnować tym bardziej, że los podsunął mu władzę pełną, co jeszcze po roku 1989 się nie zdarzyło. Tym razem nie trzeba było liczyć się już z żadnym koalicjantem. Wyznacznikiem każdej polityki stała się linia partii. Jarosław stał się pierwszym przywódcą partii po 1989 roku, który bez żadnych oporów mógł stosować swoją wizję państwa.
Nie mogę mu odmówić przywództwa. Jest jednym z niewielu polityków nowoczesnej historii naszego kraju, którzy jest świetnym przywódcą. Pisałem o tym już w jednym ze swoim wcześniejszych wpisów. Przywództwo jego wpisało się jednak w pewną sytuację geopolityczną bez której zaistnienia nie zostałby nawet zauważony.
To, że jest świetnym przywódcą nie znaczy natomiast, że jest to polityka, z którą jestem w stanie się zgodzić. Jest to przywództwo oparte na otaczaniu siebie przez ludzi, którzy potrafią jedynie przytakować zgodnie z wyznaczoną linią Partii (lub bardziej prezesa). Pozostawia to brak miejsca na dyskusje wewnątrzpartyjne o czym prezes bardzo dobrze wie i czego wystrzega się jak ognia, ponieważ wie, że o ile warunki zewnętrzne wymagają poruszania się w bądź co bądź ale (jeszcze) demokracji, o tyle wewnątrzpartyjne dyskusje mogłoby zachwiać partyjnym walcem. A na to prezes nie może sobie pozwolić, jeśli chce dokonać za pomocą swojej partii rewolucji wewnątrzsystemowej.
Dobra - wracając do tematu. Głównym czynnikiem, dla którego teraz ślęczę nad tym wpisem zgoła politycznym jest fakt, że Komisja Europejska zastanawia się uruchomieniem wobec Polski artykułu 7. Tzw. "broń atomowa" przejawia się już w mediach od pewnego czasu. Wg mnie i pewnie większości czytelników, którzy mają jakiekolwiek pojęcie na temat stosunków międzynarodowych artykuł siódmy nie zostanie wprowadzony w życie, ponieważ jest zbyt wiele czynników temu przeczących. Jest jednak pewne ale...
Gra nie toczy się o wyciągnięcie wobec Polski "broni atomowej", lecz o coś zupełnie innego, co niestety będzie miało realny wpływ na życie każdego obywatela. Chodzi mianowicie o zdyskredytowanie kraju na arenie międzynarodowej. Jest to proces, który już się dokonuje i rządzący pomagają wcielić plan ten w życie. Nasza polityka zagraniczna nawet nie kuleje. Ona nie istnieje.
Powinniśmy przynajmniej prowadzić zakulisowe rozgrywki i z Unią i każdym krajem z osobna. Rację mają rządzący w tym, że Polska nie jest "brzydką panną na wydaniu". Jesteśmy dużym i dumnym krajem, który powinien walczyć o swoje racje na arenie międzynarodowej. Nie powinniśmy jednak być "piękną panną na wydaniu, która ma focha". Polityka zagraniczna od zawsze i w przypadku każdego kraju była wypadkową potrzeb, honoru, interesów i kompromisów. Niestety w przypadku naszym nie zauważam jakiejkolwiek chęci negocjowania kompromisów, co niestety może odbić nam się czkawką.
A teraz do meritum. To co najbardziej mnie rozsierdziło i skłoniło do napisania tego posta, to słów jednego z rządzących polityków, że ewentualne uruchomienie przez Komisję Europejską artykułu 7 zawdzięczamy Totalnej Opozycji! Na litość boską - jeśli kilka partii oscylujących gdzieś na granicy progu wyborczego może sprowadzić do parteru rząd własnego kraju na arenie międzynarodowej, który wewnątrz kraju ma poparcie rzędu 50 procent to jakie świadectwo wystawia sobie taki rząd. Tym bardziej, że jak już napisałem nie widać na horyzoncie żadnych sojuszników w UE prócz Węgrów, którzy wspierają na tyle na ile im się to opłaca. O ile (być może, ale jednak w dużym nawiasie) jestem taką sytuację w stanie zaakceptować w polityce wewnętrznej, bo wiadomo, że głos ludu może zmienić się bardzo szybko o tyle nie jestem w stanie uwierzyć, że Unia Europejska składa się z 28 państw, których rządzący są imbecylami i nie są w stanie zrozumieć zmian zachodzących w Polsce. Tego zrozumieć tak zwyczajnie nie umiem. Tutaj widzę natomiast ignorancję rządu w polityce zagranicznej.


czwartek, 7 grudnia 2017

Jesienny

Gdzieś w czeluściach jesiennego umysłu rodzą się dziwne myśli. Czasem takie myśli trzeba wyrzucić z siebie bo są jak nieujarzmione bestie. Tylko wyrzucenie ich na papier (bloga) daje odetchnienie.
Zastanawia mnie czas...
Mijamy... tak bardzo. Każdego jednego dnia i godziny przemijamy nieuchronnie. Zmierzamy ku nieuchronnemu. Dziwne jest to, że życie ucieka nam z wiekiem coraz szybciej. Dziwne jest też to, że nie potrafimy docenić danego nam czasu. A może i potrafimy, ale nie do końca. Życie przecieka przez palce jak strumień wody. Kiedyś zadawałem sobie pytanie czy jest coś w życiu czego w życiu żałuję. Uczciwie przyznaję, że nie. Nie mogę niczego żałować będąc szczęśliwym, gdyż może gdybym cokolwiek zmienił nie znalazłbym się w miejscu w którym jestem i z osobami z którymi jestem. Wierzę w tzw. efekt motyla. Trzepot skrzydeł motyla na jednym krańcu świata może wywołać huragan na drugim krańcu.
Jest jeszcze jedna rzecz. W tej ciągłej próbie schwytania życia przeciekającego nam między palcami nie zauważamy tego co istotne. Chwil. Chwile są ulotne. Chwile są jak cegły tego budynku, który zwiemy życiem. W szaleństwie budowy wielkiego gmachu doceńmy każdą małą cegiełkę, gdyż w przeciwnym razie obraz wielkości naszego gmachu runie gdzieś na końcu gdy uświadomimy sobie że nie zwróciliśmy uwagi na jakość cegiełek.
...
Chwile mogą inspirować. Czasem do zmian wielkich, czasem małych. Czasem mogą po prostu inspirować do bycia lepszym tak po prostu. Innym razem do całkowitej zmiany życia. Jeszcze innych zmusi do porzucenia codziennych czynności i pogoni za marzeniami. Doceniajmy chwile. Są ulotne.
...
W całkowitej ponurości jesiennej atmosfery jest jakaś nadzieja.
...
Zainspirowany.

"Więc gdy mnie wpuścisz
Pozwól mi usprawiedliwić
Moją własną nagrodę.
Kładziesz na mnie swoje dłonie.
Uczę się słów, 
Których wcześniej nie znałem"

wtorek, 31 października 2017

Potwory i spółka

Dziś helołynowo bo będzie o potworach.
Może jednak nie do końca helołynowo, bo jest w tym jednak pewna doza ironii, a potwory o których chcę pisać istnieją naprawdę i wcale nie są zabawne.
Będąc dziećmi zapewne każdy z nas czegoś tam się bał. Jedni ciemności, inni baba jagi, jeszcze inni "czarnej wołgi" (zależy na jakie lata przypadało nasze dzieciństwo - dziś dzieciaki boją się, że im padnie bateria w tablecie ;)
Każdemu dziecku źle kojarzy się potwór. Jako rodzice wiemy, że często potwór to zmaterializowane obawy naszego dziecka.
Co jednak, gdy potwór ma imię i jestem bardzo realny. Taki bardzo namacalny potwór jest bardzo groźny dla naszego dziecka. Może w nim obudzić poczucie lęku na całe życie. Może sprawić, że nasze dziecko będzie dorastało w atmosferze strachu przez całe swoje dzieciństwo co zaowocuje upośledzoną dorosłością.
Mowa to o potworach, którymi jesteśmy My - dorośli. Spotkałem się kilka razy z przypadkiem, kiedy to najbliższa osoba staje się dla dziecka uosobieniem lęku.
Mamy tutaj do czynienia z dwiema przeciwstawnymi uczuciami  miłością do najbliższej osoby i strachem przed nią. Oczywiście strach ten musi mieć gdzieś swoje źródło. Nie jest tak, że dziecko odczuwa lęk przed najbliższą osobą bez powodu. Dzieci to emocjonalne odbiorniki. One nie umieją komunikować się w języku wyrachowania i zimnej kalkulacji tak jak my dorośli. Tego uczą się dopiero z czasem, gdy już wychodzą z okresu dzieciństwa wkraczając w wiek nastoletni (lub dorosły).
Dziecko przede wszystkim rozumie język miłości. Ono kocha mamę i tatę. Miłość dziecka jest bezwarunkowa. Jest to najczystszy rodzaj miłości jaki można spotkać w przyrodzie.
Dlatego też gdy najbliższa osoba staje przeciwko tej miłości i zaczyna ją rozgrywać lub warunkować dziecko jest rozchwiane emocjonalnie i nie rozumie dlaczego tak się dzieje, że tatuś lub mamusia kocha ją (jego), ale tylko gdy...
Ono kocha mamę i tatę w każdej sytuacji. Miłość dla dziecka jest potrzebne jak powietrze. Bez niej dziecko nie może bezpiecznie się rozwijać.
Gdy najbliższa osoba staje się tym potworem o którym mowa w tytule tego posta dziecko staje w sytuacji, gdy kocha kogoś kto sprawia ból i przynosi psychiczne cierpienie. Tego cierpienia nie widać po kilku dniach. Ono wychodzi po latach. Gdy jest już za późno by cokolwiek naprawić.
Nie zabierajmy naszym dzieciom miłości

piątek, 6 października 2017

W biegu (3)

Szaleństwo zostało przerwane.
Zakładałem, że wyjeżdżając na urlop do ojczyzny bieganie będzie kontynuowane, co zresztą się stało. Plan był jednak taki, by po powrocie z urlopu wskoczyć na odpowiednie tory i treningi były regularne. Nie udało się. Nie wiem czy było to motywowane lenistwem, czy jeszcze czymś innym, ale efekt był taki, że dopiero 13 września wróciłem do biegania. Nie był to najłatwiejszy bieg muszę przyznać. Zrozumiałem, że dwutygodniowa przerwa daje się boleśnie odczuć. Oddech był kluczowy. 11 kilometrów w 53 minuty było  gorzej niż średnim rezultatem. Musiałem dojść do siebie. I do kolejnego treningu minęło 6 dni. Tym razem jednak postanowiłem wbić szpony w lenia i założyłem sobie, że jest stówa do pokonania.
Udało się wykonać 96 procent. Ostatnia piętnastka postanowiła mnie wykończyć i oto odezwały się kolana, które wyeliminowały mnie z biegania w pierwszej fazie mojego romansu z nimi (luty). Będąc wtedy głupcem, a tym razem troszkę mądrzejszym biegaczem postanowiłem, że tym razem odpoczywam do momentu aż nastąpi pełna regeneracja.
Udało się jednak poprawić wszystkie życiówki :-)
Nie znaczy to, że lenistwo może spać spokojnie...
Plan setki w kolejnym miesiącu aktualny.
...
I jeszcze jedno.
29 września odbył się ultra maraton Spartathlon. 246km z Aten do Sparty. 246KM!!! Nasza rodaczka Patrycja Bereznowska zajęła 1 miejsce wśród kobiet a 6 w całym wyścigu. Szacun.

czwartek, 10 sierpnia 2017

W biegu część 2 - motywacja

Postanowiłem kontynuować temat.

Dziś będzie o motywacji.

Natchnął mnie artykuł, który przeczytałem już jakiś czas temu w jednym z blogów na temat biegania.
Często, gdy rozmawiam z ludźmi na temat diety, redukcji wagi i tego typu rzeczy dowiaduję się, że każdy chciałby zrzucić parę kilogramów, ale w momencie gdy zaczyna się temat wysiłku na tym temat się urywa. Całkiem niedawno rozmawiałem z jednym kolegą, który chciał aby mu poradzić w jaki sposób może zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Powiedziałem mu, że najprostszym sposobem jest zaadoptowanie do trybu życia jaki prowadzi troszeczkę wysiłku, lub może raczej wydatku energetycznego. Chodzi o to aby aktywność fizyczna zaczęła się od najprostszych rzeczy. Nie trzeba wcale być maratończykiem aby powalczyć o wagę. Trzeba natomiast rozruszać organizm za pomocą małych kroków.
Temat urwał się tak szybko jak szybko się zaczął. "Nie, to nie dla mnie"  usłyszałem od ów kolegi. "Kiedyś próbowałem troszkę biegać i po kilku razach się poddałem, bo nie chciało mi się przeciążać organizmu". Zrozumiałem go.  Nie można nikogo do niczego zmuszać, jednak kilka dni po przeczytaniu artykułu na wspomnianym blogu pojąłem pewną oczywistą oczywistość.

Nikt nie budzi się rano z myślą, że tego właśnie dnia wykończy sobie organizm. Nikt - wierzcie mi - naprawdę nikt nie cieszy się jak dziecko na myśl, że za będzię miał możliwość obciążania energentycznego własnego organizmu. Podejrzewam, że nawet Ussain Bolt kiedy wstaje każdego ranka musi przezwyciężać w pierwszej kolejności własne słabości by móc dalej trenować. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

Nasz organizm jest jak armia - głównym dowódcą jest mózg, naczelnym generałem który jest odpowiedzialny za wdrażanie rozkazów tegoż dowódcy jest ciało, które ma pod swoimi rozkazami biliony komórek (szeregowych?).

Nasz umysł jest tak skonstruowany by podejmować decyzje, które pozwolą przetrwać w każdych warunkach. Wobec tego wydatek energetyczny nie leży w jego interesie. Powszechną wiedzą jest, że podczas wysiłku fizycznego uwalniają się endorfiny czyli hormony odpowiedzialne za poprawienie nastroju i uczucia radości. Są one wytwarzane podczas wysiłku fizycznego jako swoista rekompensata organizmu za tenże wysiłek.

Sztuka polega na "oszukaniu" umysłu. Przekrzyczaniu go, albo może "przepowiedzeniu mu do rozumu" ;-) Gdybym miał zliczyć ile razy po porannym przebudzeniu wpatrywałem się w buty do biegania i zastanawiałem  się czy dam radę to pewnie wyszło by mi jakieś 99 procent wszystkich moich biegów. Umysł jest na tyle sprytny, że stara się łapać każdej możliwości by przekonać cię, że nie musisz: "Za zimno", " Za ciepło", " Za ciasne buty", "I tak się dobrze czuję, po co mi to" i pewnie miliony innych powodów by tylko nie podjąć tej zgubnej dla energetycznego ministerstwa decyzji.

Sęk w tym, że gdy już ta decyzja zapadnie, to zadowolenie jest wprost proporcjonalne do czasu jaki upływa na treningu. A to za sprawą endorfin. Podobno niektórzy naukowcy twierdzą, że endorfiny w organizmie działają na zasadzie przypominającej narkotyk,...tyle że bez narkotyków :-)
Jest w tym coś, ponieważ nie raz doświadczałem czegoś na zasadzie euforii po udanym biegu.

Chciałem napisać ten post, ponieważ uważam, że wielu ludzi, którzy zaczynają swoją historię z aktywnością fizyczną uważa, że dotyka ich ta "wewnętrzna walka", bo są świeżakami  i ukrywają się z tym. Nie! Każdy toczy swoją małą wojnę każdego razu, gdy przychodzi czas decydowania o wysiłku. Każdy. Różnica polega na tym, że Ci którzy robią to już od dłuższego czasu są łakomi tego uczucia, które doznajesz po dobrze wykonanym teningu. To zadowolenie, które przychodzi, gdy po raz kolejny udowadniasz sobie jak wiele jesteś w stanie dokonać jest cenniejsze niż kilka chwil więcej spędzonych z rana w łóżku.

Pozdrawiam