sobota, 4 sierpnia 2018

Śmiertelnie poważnie

Strasznie opornie mi się bloguje w tym roku.
No ale najważniejsza jest jakość a nie ilość :-)
Od jakiegoś czasu zacząłem zastanawiać się nad śmiertelnością. Nie jest to być może zbyt wesoły temat, aczkolwiek pewne przemyślenia ukierunkowały mnie właśnie na te tory.
Wielu z nas żyje w taki sposób jakby śmierć nigdy nie miała się w naszym życiu zdarzyć. Tymczasem ona czai się tuż za rogiem. Być może jest już za następnym zakrętem. Być może w niefortunnym upadku a może w przypadkowo losowym zdarzeniu. Jest tam, gdzie czasem najmniej się jej spodziewamy. Jest w pięknym słonecznym poranku, albo w najchłodniejszej z możliwych nocnych czeluści. Jest w najwspanialszym przebywaniu razem lub w otchłani samotnego milczenia.
Krąży wokół nas przez cały czas i gdy tylko zjawi się odpowiednia chwila podejdzie i poda rękę by przeprowadzić na drugą stronę nieistnienia. Zamknie krąg codzienności. Zamknie krąg możliwych wyborów i działań. Zgaśnie kolejna lampka na mapie istnienia.
Nigdy nie bałem się śmierci. Jedyny strach jaki odczuwałem, to strach przed umieraniem, nie przed śmiercią. O śmierci w naszej rzeczywistości zbyt mało się mówi, za mało o niej myślimy i dyskutujemy. Życie w społeczeństwie konsumpcyjnym nie dopuszcza do głosu dyskursu niewygodnego. Szukamy chwilowego zaspokojenia, szczęścia często zapominając o naprawdę ważnych sprawach. Śmierć powinna moim zdaniem być jednym z motorów naszych działań. A raczej jej świadomość. Powinna nas motywować, do wypowiedzenia słów, które dawno chcieliśmy wypowiedzieć, podjęcia działań, których bardzo pragniemy podjąć odkładając je jednak w czasie.
Czy ważne sprawy trzeba załatwić kiedyś? Czy swoje prawdziwe uczucia można wyrazić jutro? Można. Tylko czy jutro istnieje? Czy jutro nas zastanie.
Spotkałem w swoim życiu niewiele osób, które miały świadomość, że umierają. Ich podejście do życia diametralnie się zmieniło, kiedy dowiedzieli się, że ich życie się kończy. Do głosu doszły zupełnie inne wartości. Paradoksalnie, Ci którzy umierają żyją bardziej (choć może bardziej na miejscu byłoby treściwiej). Sprawy, które dotąd były najważniejsze w ich życiu jak np. byt materialny, kariera zeszły na dalszy plan. Prawdziwą wartość przykładali np. do spędzania czasu z bliskimi osobami.
Każdy z nas powinien zadać sobie pytanie jakie działanie chciałbyś (chciałabyś) podjąć gdybyś dowiedział (dowiedziała) się, że zostało ci tylko krótki czas życia. Czy jest naprawdę ważne czy ktoś głosuje tak czy inaczej, jakie ma poglądy? Czy jest ważne, by żywić urazę do bliskiej osoby za to co powiedziała lub zrobiła? Czy zdążyłem powiedzieć kocham, tych których kocham? Czy zdążyłem być szczerym wobec siebie? Czy jest ważne uszczęśliwianie, czy bycie szczęśliwym?...
Przestańmy marnować życie na próby ujarzmienia przyszłości - złapmy teraźniejszość.
Celebrujmy życie myśląc o śmierci.
JUTRO NIE ISTNIEJE!
CARPE DIEM!
MEMENTO MORI!

wtorek, 26 czerwca 2018

W biegu (4)

Postanowiłem jakiś czas temu, że nie będę pisał nic na temat biegania dopóki w danym miesiącu nie przyklepię stówki. Ostatni taki wynik uzyskałem w zeszłym lipcu, ale w tym roku się uparłem jak osioł, no i musiałem. Dlatego piszę :-)
A więc biegam dalej.
Gdy zaczynałem największym strachem było to, że jest to jakiś sezonowy wybryk, bo udało mi się zrzucić parę kilogramów a co za tym idzie motywacja wyskoczyła w górę niczym ropa w Arabii Saudyjskiej. Na strachu jednak się skończyło (bynajmniej na razie). Podsumowując jednak pierwszy rok biegania muszę stwierdzić, że były momenty złe. We wrześniu trzasnąłem życiówkę na dychę i nóżki rwały się do kolejnych rekordów, niestety jednak chęci gdzieś się rozmyły i im bliżej grudnia tym mniej było klepania kilometrów. Doszło do tego, że w grudniu było 0. Podrażniła mnie jednak znajoma z pracy stwierdzając, że skoro nie biegam zimą to jestem sezonowcem no i zabrałem się do pracy.
Nowy Rok rozpocząłem od dychy - świetna sprawa. Myślę, że będzie to moją nową tradycją. Nowy rok zazwyczaj obfituje w jakieś nowe postanowienia i plany. Ale zaczęcie go od dobrego biegu daje niezłego kopa.
Styczeń i Luty były spokojne - po 50 kilka kilometrów. Zazwyczaj dużo biegania przez krótki okres czasu, a wtedy w ogóle. Marzec był miesiącem straconym z jednym biegiem, Kwiecień też do najlepszych nie należał. Za to Maj już zdecydowanie lepszy a miesiąc obecny to już jest świetna sprawa.
W Lutym machnąłem pierwszy w tym roku półmaraton. Nie był dobry. Był bardzo niedobry. Pobiegłem świetną dychę, kolejne 4 były nienajgorsze więc zapaliła się półmaratonowa lampka. Niestety od piętnastego kilometra to już była droga przez piekło i o ile czasy były nienajgorsze do dyszki to reszta była po prostu wstydliwa. Poza tym kości były masakrycznie obolałe i musiałem dochodzić do siebie przez dłuższy czas.
Podczas urlopu w Polsce miałem świetną okazję testowania organizmu w warunkach raczej niesprzyjającyh, tzn. przy temperaturach w okolicy 30 stopni. Ciężko, ale nie najgorzej. Chyba najlepiej biega się rano, bo nie ma zbyt wielu ludzi, którzy usiłują Cię przejechać. Najbardziej wyczerpanie organizmu odczułem przy krótkim biegu na centralnym słońcu na rozgrzanym asfalcie. Nie pomógł fakt, że nie jestem przyzwyczajony do biegania z wodą (trzeba zmienić przyzwyczajenia o czym boleśnie przekonałem się wczoraj - o tym za chwilę).
Ogólnie rzecz ujmując czas spędzony na urlopie pomógł mi w jakiś sposób wrócić do biegania.
...
Wiele w życiu się pozmieniało i trzeba mi było przeorganizować system dnia. Przez dłuższy czas nie potrafiłem wyobrazić sobie połączenia opieki nad dzieckiem z bieganiem. Próbowałem różnych sposobów jednak nie byłem zadowolony ponieważ zawsze coś musiało odbywać się kosztem czegoś. Wtedy to właśnie wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł, że skoro nie umiem pogodzić opieki nad dzieckiem z treningiem, to muszę je połączyć. I tak oto zacząłem biegać razem z Piotrusiem :-) To znaczy ja biegnę a on podziwia widoki z wózka. Połączenie to wydaje się wręcz idealne z kilku powodów. Po pierwsze nie zabieram czasu z dzieckiem na realizowanie własnych przyjemności, po drugie Piotruś spędza czas na świeżym powietrzu (czasem nawet potrafi podczas takiego biegu wyspać się). Podstawą jest dobre zorganizowanie się i zgranie razem z nim.
Kolejne założenie jest takie, żeby zarazić bieganiem Oliviera. Ma za sobą już swój pierwszy kilometr.
...
Od kilku tygodni biegania z Piotrusiem chodziła za mną pewna myśl. Była jak swędzenie, które trzeba podrapać bo inaczej nie da spokoju. Półmaraton. Pchając wózek po raz pierwszy po 7 kilometrach zdrętwiały mi stopy i musiałem stanąć. Wydaje mi się, że była to kwestia ułożenia ciała podczas biegu. Byłem lekko nachylony do przodu i gdzieś tam był nacisk na dolne partie kręgosłupa, które skutkowały betonowymi bucikami właśnie. Wracając do Półmaratonu - myśl kiełkowała nieśmiało jakiś czas, wiedziałem jednak, że dycha to za mało, żeby rwać się na tak długi dystans. Postanowiłem więc zwolnić tempo biegowe i skoncentrować się na wytrzymałości. Zrobiłem 14km, choć były szanse na więcej. Niestety zostałem poniekąd zmuszony do wcześniejszego finiszu. Kolejny start zakończył się piętnastką - tym razem biegłem bez Piotrusia, który pozostał pod czujnym okiem cioci. Po tym biegu wiedziałem, że mogę spróbować "ugryźć" półmaraton. Jako miarodajne sprawdzenie zawsze traktowałem 15km.
Wczoraj wybiegłem z Piotrusiem na dychę, chociaż gdzieś podświadomie wiedziałem, że nie będzie to dycha. Pierwsze 10 było świetne, powiedziałbym relaksujące. Od samego początku nie forsowałem tempa. Na 12 kilometrze zacząłem odczuwać dolne partie kręgosłupa i bałem się że będzie podobnie jak w lutym. Na szczęście wystarczyła chwila marszu i lekkie rozmasowanie. Kolejny mini kryzys pojawił się na 15-16km, kiedy to uświadomiłem sobie że organizm doprasza się o elektrolity. Moja własna głupota. Biegając dyszkę można przeżyć bez wody - biegając 21km nie. Z pomocą przyszedł Seba. Gdyby nie zimna cola i szklanka wody trzeba by było skończyć szybciej. A jednak się udało! Pierwszy półmaraton z Piotrusiem. Co najlepsze nie ma takiego zmęczenia jak było w przypadku każdej poprzedniej półeczki. Być może klepanie kilometrów pomogło.
Teraz czas na spotkać się z dietą.


wtorek, 27 lutego 2018

Eschatologicznie

Zastanawiałem się ostatnio nad tym jak bardzo nie jesteśmy w stanie uwierzyć we własne możliwości.
Tak, wiem dziwne to raczej przemyślenia, ale natchnęło mnie.
Czytałem coś gdzieś i tak sobie pomyślałem, że trzeba chyba przerzucić parę słow na bloga. Niebardzo nawet wiem, od czego zacząć.
Czytałem artykuł. Nie pamiętam już dokładnie o czym był. Jedno co utknęło mi w pamięci było to,  że autorka chętnie uzasadniała swoje twierdzenia Bogiem. Coś się stało, bo Bóg tak chciał, coś innego się nie stało, bo Bóg wie lepiej.
Szczerze mówiąć miałem kilka razy szansę na zderzenie się z takim podejściem, więc pewnie dlatego przeczytanie ów artykułu było tym punktem zwrotnym, w którym postanowiłem, że chyba uruchomię katalizator w postaci blogowiska :)
Zanim jednak podejmę próbę skonfrontowania się z tematem muszę jeszcze wyznać, że uważam, że jestem wierzący, bo może i pewnie ma to wpływ na moje rozumienie pewnych kwestii.

Pytanie pierwsze: "Czy aby napewno Bóg tak chciał?"
Zdaje mi się, że osoby używające takiego powodu do uzasadniania zaistniałych sytuacji nie umieją pogodzić się z faktem, że na życie składa się wiele różnorakich sytuacji z których na jedne mamy większy wpływ, a na inne mniejszy. Nieumiejętność lub może niechęć zrozumienia tego skutkuje rozpaczliwą w mojej opinii próbą uzasadniania zaistniałych chwil. Uzasadnienia takiego najczęściej używamy w momencie gdy umiera ktoś bliski. Być może nie od razu, bo chyba w pierwszym momencie pojawia się żal, smutek, niedowierzanie. Być może nawet złość w pewnym okresie. Później jednak przy próbie pogodzenia się z zaistniałą rzeczywistością rodzi się przeogromna potrzeba uzasadnienia. Jak można uzasadnić coś co przeczy logice? Np. gdy umiera dziecko? Tutaj pojawia się Bóg. Ponieważ nie jesteśmy go w stanie pojąć naszym rozumem, zatem i jego boskiemu planowi przypisujemy to czego wyjaśnić nie potrafimy.

Pytanie drugie: "Czy masz wpływ?"
To ważne pytanie. Chyba najbardziej denerwuje mnie fatalizm. Fakt wyrzekania się wiary we własną sprawczość. Bóg dał człowiekowi wolną wolę nie po to by przerzucał odpowiedzialność na Stwórcę, lecz by zakasał rękawy i wziął życie we własne ręce. Na wiele sytacji mamy mimo wszystko wpływ, choć być może tego nie zauważamy. Mamy nawet wpływ na wielkie sprawy. Choć często przekonujemy siebie nawzajem i utwierdzamy w przekonaniu, że nasz wpływ jest żaden to tak nie jest. Czy mam wpływ na wojnę. Mam. Historia postępu ludzkości, to historia odważnych wizjonerów, którzy byli przekonani o swoich racjach mimo swego osamotnienia uparcie dążyli do rozpowszechniania swoich poglądów i tez. Dzięki ludziom , którzy wiedzieli, że mają wpływ dziś Ziemia nie kręci się wokół Słońca, lecz odwrotnie.
Nie neguję, że istnieją sytuacje, na który mamy bardzo mały lub żaden wpływ, nie zmienia to jednak faktu, że często wszystkie klasyfikujemy w ten sposób
Czy mam wpływ na wojnę - mam. Mogę podjąć wiele decyzji, które w mniejszym lub większym stopniu zniekształcą obraz wojny. Mogę nie pójść do wojska. Mogę rozpowszechniać informacje o prawdziwym powodzie wojny. Mogę założyć organizację nawołującą do zaprzestania działań wojennych. Mogę w końcu pomóc komuś w dalekim zakątku naszego globu w różnoraki sposób.
Mogę również jak to miało miejsce ostatnio pod zdjęciami z ataku chemicznego w Syrii, w którym ginęli dzieci zamieścić emotikon z misiem roniącym łezkę, lecz raczej niewiele to zmieni (...).

Podsumowując.
Nie chcę wrzucać Bogu, o którym mówię, żę jest miłością wszystkiego co najgorsze i dla mnie niezrozumiałe.
Chcę za to podejmować wyzwanie.

"Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego."


wtorek, 26 grudnia 2017

Na nowy rok

Koniec roku to zawsze w moim przypadku czas swego rodzaju podsumowań.
2017 był w moim przypadku przełomowy. Słowa "nie mogę" i "nie potrafię uwięzły mi w gardle w pewnym momencie i pomyślałem, że mogę. Mogłem... I Potrafiłem...
 Rok 2017 to rok zwrotny. To granica, po której przekroczeniu uświadomiłem sobie, że w ogóle można ją przekroczyć.

Piotruś.
Rodzic daje swojemu dziecku życie. Piotruś swoich rodziców poprosił jeszcze by pomogli mu to życie zacząć. Gdy jesteś pierwszą osobą na świecie, która ma możliwość poczucia dotyku skóry swojego dziecka termin "bliskość" zyskuje nowego wymiaru.
W przypadku Oliviera było to spojrzenie, w przypadku Piotrusia dotyk :-)
Oglądanie jak dorasta człowiek jest najbardziej fascynującym zajęciem na świecie. Bycie rodzicem to najbardziej fascynujące zajęcie na świecie.

Bieg.
Swego czasu istniały poważne obawy co do tego, że nie będę chodzić. Ta myśl przyświecała mi, kiedy w tym roku pokonywałem swój pierwszy półmaraton. Ta myśl mnie karmiła i motywowała.
To było istne szaleństwo. Biec jak najdalej  to był mój plan. Być może przyświecała mi myśl, że każdy jeden kilometr jest w jakimś sensie "na kredyt", bo wiem, że zdrowie nie jest dane na zawsze.
Ponad 500 kilometrów dalej jestem już  nieco spokojniejszy i pełen nadziei na kolejny rozbiegany rok. Bez pośpiechu. Smakować radość z biegania.

Dieta
Nie lubię o tym pisać z jakiegoś powodu, ale stało się, że zniknęła w pewnym momencie jedna trzecia mnie. Ta mniej przeze mnie pożądana. I choć nie przykładam jakiegoś większego znaczenia do wagi w chwili obecnej (święta!!!), to w lutym 2017 roku zaczęło się szaleństwo w czystej postaci. Szaleństwo, którym mam nadzieję udało mi się zarazić kilka osób i dzięki czemu wszyscy są jakoś bardziej uśmiechnięci.

***
Jest takie słowo w języku duńskim - Hygge. Polecam każdemu, kto znajdzie 5 sekund wolnych czytając ten wpis wyszukać je w google. Hygge to mój nowy obiekt badań i nadzieja na 2018.
Pewnie każdy ma jakieś plany na nowy rok. Mam i ja. Nie chcę ich wymieniać na blogu, bo przede wszystkim muszę  chcę wywiązać się z nich przed sobą samym. Ważne jest podejście. Nie warto mieć wielkich planów, by wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Ważne jest mieć dziś dobry dzień. Ważne jest dziś podjąć dobrą decyzję. Ważne jest zrobić właśnie w tym momencie pierwszy malutki kroczek do przodu.
Półmaraton to 21 097.5 metra. Nie da się go pokonać jeśli nie nie uwierzysz, że warto pokonać pierwszy metr :-)

Życzę wszystkim w nadchodzącym 2018 roku zdrowia, radości i uśmiechu

wtorek, 19 grudnia 2017

???

Hej.
Minęło sporo tygodni od czasu kiedy po raz ostatni podjąłem się politycznego kursu. Miałem nadzieję tego kierunku nie obierać ponieważ tu nikt nie wygrywa, ale granica przy której jestem w stanie wytrzymać została przekroczona po raz kolejny i nie jestem w stanie pozostać obojętnym.
Przyjąłem już do wiadomości, że dla partii rządzącej  nie istnieje opozycja, tylko opozycja totalna (w domyśle  opozycja totalna warunkuje rządu o zapędach totalitarnych?). Przyjąłem na klatę fakt, że władzę w kraju sprawuje partia, która nie zna kompromisu. W 1992 roku rząd Olszewskiego został obalony i w ciągu tych ostatnich 25 lat pan prezes zdołał wyciągnąć wnioski z zaistniałych sytuacji. W 1992 roku mieliśmy do czynienia z rządem, który był słaby. Zbyt słaby jak na swoje plany (zresztą tak jak kilka kolejnych rządów po nim). Była jednak pewna różnica. W 1992 roku rząd Olszewskiego wpadł w pułapkę mesjanizmu narodowego, że oto teraz stoimy nad krawędzią starego i nowego systemu a jedynymi, którzy są w stanie przeprowadzić naród na drugą, lepszą stronę jest właśnie ekipa prezesa Jarosława. Każdy inny jest wszak agentem obcego kontrwywiadu. Nie udało się. Polska demokracja była słaba. Dopiero raczkująca. Rządy i premierzy zmieniali się co kilka miesięcy. Rząd Olszewskiego upadł jak wiele po nim zanim doszliśmy do jako takiej normalności. Jarosław nie umiał jednak na tyle pogodzić się z przegraną swojej wizji, że musiał jej upadek usprawiedliwić. Tak powstała "Nocna Zmiana" i wszystkie "okołopecowskie" legendy. Wszak mesjanizm nie mógł tak zwyczajnie upaść.
Nastąpił rok 2006. Wszystkie znaki na ziemii i niebie wskazywały na to, że oto mamy triumfalny powrót dowódcy. Nie wziął on jednak pod uwagę, że koalicjant może mieć rozbieżne wizje z jego własnymi. Rząd upadł.
Wtem nastał październik roku 2015 i stało się coś zupełn ie nieoczekiwanego. Polacy znudzeni 8 -letnimi rządami liberałów z PO podjęli decyzję o przekazaniu władzy w ręce PiS. Ten szansy prezes postanowił już nie zmarnować tym bardziej, że los podsunął mu władzę pełną, co jeszcze po roku 1989 się nie zdarzyło. Tym razem nie trzeba było liczyć się już z żadnym koalicjantem. Wyznacznikiem każdej polityki stała się linia partii. Jarosław stał się pierwszym przywódcą partii po 1989 roku, który bez żadnych oporów mógł stosować swoją wizję państwa.
Nie mogę mu odmówić przywództwa. Jest jednym z niewielu polityków nowoczesnej historii naszego kraju, którzy jest świetnym przywódcą. Pisałem o tym już w jednym ze swoim wcześniejszych wpisów. Przywództwo jego wpisało się jednak w pewną sytuację geopolityczną bez której zaistnienia nie zostałby nawet zauważony.
To, że jest świetnym przywódcą nie znaczy natomiast, że jest to polityka, z którą jestem w stanie się zgodzić. Jest to przywództwo oparte na otaczaniu siebie przez ludzi, którzy potrafią jedynie przytakować zgodnie z wyznaczoną linią Partii (lub bardziej prezesa). Pozostawia to brak miejsca na dyskusje wewnątrzpartyjne o czym prezes bardzo dobrze wie i czego wystrzega się jak ognia, ponieważ wie, że o ile warunki zewnętrzne wymagają poruszania się w bądź co bądź ale (jeszcze) demokracji, o tyle wewnątrzpartyjne dyskusje mogłoby zachwiać partyjnym walcem. A na to prezes nie może sobie pozwolić, jeśli chce dokonać za pomocą swojej partii rewolucji wewnątrzsystemowej.
Dobra - wracając do tematu. Głównym czynnikiem, dla którego teraz ślęczę nad tym wpisem zgoła politycznym jest fakt, że Komisja Europejska zastanawia się uruchomieniem wobec Polski artykułu 7. Tzw. "broń atomowa" przejawia się już w mediach od pewnego czasu. Wg mnie i pewnie większości czytelników, którzy mają jakiekolwiek pojęcie na temat stosunków międzynarodowych artykuł siódmy nie zostanie wprowadzony w życie, ponieważ jest zbyt wiele czynników temu przeczących. Jest jednak pewne ale...
Gra nie toczy się o wyciągnięcie wobec Polski "broni atomowej", lecz o coś zupełnie innego, co niestety będzie miało realny wpływ na życie każdego obywatela. Chodzi mianowicie o zdyskredytowanie kraju na arenie międzynarodowej. Jest to proces, który już się dokonuje i rządzący pomagają wcielić plan ten w życie. Nasza polityka zagraniczna nawet nie kuleje. Ona nie istnieje.
Powinniśmy przynajmniej prowadzić zakulisowe rozgrywki i z Unią i każdym krajem z osobna. Rację mają rządzący w tym, że Polska nie jest "brzydką panną na wydaniu". Jesteśmy dużym i dumnym krajem, który powinien walczyć o swoje racje na arenie międzynarodowej. Nie powinniśmy jednak być "piękną panną na wydaniu, która ma focha". Polityka zagraniczna od zawsze i w przypadku każdego kraju była wypadkową potrzeb, honoru, interesów i kompromisów. Niestety w przypadku naszym nie zauważam jakiejkolwiek chęci negocjowania kompromisów, co niestety może odbić nam się czkawką.
A teraz do meritum. To co najbardziej mnie rozsierdziło i skłoniło do napisania tego posta, to słów jednego z rządzących polityków, że ewentualne uruchomienie przez Komisję Europejską artykułu 7 zawdzięczamy Totalnej Opozycji! Na litość boską - jeśli kilka partii oscylujących gdzieś na granicy progu wyborczego może sprowadzić do parteru rząd własnego kraju na arenie międzynarodowej, który wewnątrz kraju ma poparcie rzędu 50 procent to jakie świadectwo wystawia sobie taki rząd. Tym bardziej, że jak już napisałem nie widać na horyzoncie żadnych sojuszników w UE prócz Węgrów, którzy wspierają na tyle na ile im się to opłaca. O ile (być może, ale jednak w dużym nawiasie) jestem taką sytuację w stanie zaakceptować w polityce wewnętrznej, bo wiadomo, że głos ludu może zmienić się bardzo szybko o tyle nie jestem w stanie uwierzyć, że Unia Europejska składa się z 28 państw, których rządzący są imbecylami i nie są w stanie zrozumieć zmian zachodzących w Polsce. Tego zrozumieć tak zwyczajnie nie umiem. Tutaj widzę natomiast ignorancję rządu w polityce zagranicznej.


czwartek, 7 grudnia 2017

Jesienny

Gdzieś w czeluściach jesiennego umysłu rodzą się dziwne myśli. Czasem takie myśli trzeba wyrzucić z siebie bo są jak nieujarzmione bestie. Tylko wyrzucenie ich na papier (bloga) daje odetchnienie.
Zastanawia mnie czas...
Mijamy... tak bardzo. Każdego jednego dnia i godziny przemijamy nieuchronnie. Zmierzamy ku nieuchronnemu. Dziwne jest to, że życie ucieka nam z wiekiem coraz szybciej. Dziwne jest też to, że nie potrafimy docenić danego nam czasu. A może i potrafimy, ale nie do końca. Życie przecieka przez palce jak strumień wody. Kiedyś zadawałem sobie pytanie czy jest coś w życiu czego w życiu żałuję. Uczciwie przyznaję, że nie. Nie mogę niczego żałować będąc szczęśliwym, gdyż może gdybym cokolwiek zmienił nie znalazłbym się w miejscu w którym jestem i z osobami z którymi jestem. Wierzę w tzw. efekt motyla. Trzepot skrzydeł motyla na jednym krańcu świata może wywołać huragan na drugim krańcu.
Jest jeszcze jedna rzecz. W tej ciągłej próbie schwytania życia przeciekającego nam między palcami nie zauważamy tego co istotne. Chwil. Chwile są ulotne. Chwile są jak cegły tego budynku, który zwiemy życiem. W szaleństwie budowy wielkiego gmachu doceńmy każdą małą cegiełkę, gdyż w przeciwnym razie obraz wielkości naszego gmachu runie gdzieś na końcu gdy uświadomimy sobie że nie zwróciliśmy uwagi na jakość cegiełek.
...
Chwile mogą inspirować. Czasem do zmian wielkich, czasem małych. Czasem mogą po prostu inspirować do bycia lepszym tak po prostu. Innym razem do całkowitej zmiany życia. Jeszcze innych zmusi do porzucenia codziennych czynności i pogoni za marzeniami. Doceniajmy chwile. Są ulotne.
...
W całkowitej ponurości jesiennej atmosfery jest jakaś nadzieja.
...
Zainspirowany.

"Więc gdy mnie wpuścisz
Pozwól mi usprawiedliwić
Moją własną nagrodę.
Kładziesz na mnie swoje dłonie.
Uczę się słów, 
Których wcześniej nie znałem"

wtorek, 31 października 2017

Potwory i spółka

Dziś helołynowo bo będzie o potworach.
Może jednak nie do końca helołynowo, bo jest w tym jednak pewna doza ironii, a potwory o których chcę pisać istnieją naprawdę i wcale nie są zabawne.
Będąc dziećmi zapewne każdy z nas czegoś tam się bał. Jedni ciemności, inni baba jagi, jeszcze inni "czarnej wołgi" (zależy na jakie lata przypadało nasze dzieciństwo - dziś dzieciaki boją się, że im padnie bateria w tablecie ;)
Każdemu dziecku źle kojarzy się potwór. Jako rodzice wiemy, że często potwór to zmaterializowane obawy naszego dziecka.
Co jednak, gdy potwór ma imię i jestem bardzo realny. Taki bardzo namacalny potwór jest bardzo groźny dla naszego dziecka. Może w nim obudzić poczucie lęku na całe życie. Może sprawić, że nasze dziecko będzie dorastało w atmosferze strachu przez całe swoje dzieciństwo co zaowocuje upośledzoną dorosłością.
Mowa to o potworach, którymi jesteśmy My - dorośli. Spotkałem się kilka razy z przypadkiem, kiedy to najbliższa osoba staje się dla dziecka uosobieniem lęku.
Mamy tutaj do czynienia z dwiema przeciwstawnymi uczuciami  miłością do najbliższej osoby i strachem przed nią. Oczywiście strach ten musi mieć gdzieś swoje źródło. Nie jest tak, że dziecko odczuwa lęk przed najbliższą osobą bez powodu. Dzieci to emocjonalne odbiorniki. One nie umieją komunikować się w języku wyrachowania i zimnej kalkulacji tak jak my dorośli. Tego uczą się dopiero z czasem, gdy już wychodzą z okresu dzieciństwa wkraczając w wiek nastoletni (lub dorosły).
Dziecko przede wszystkim rozumie język miłości. Ono kocha mamę i tatę. Miłość dziecka jest bezwarunkowa. Jest to najczystszy rodzaj miłości jaki można spotkać w przyrodzie.
Dlatego też gdy najbliższa osoba staje przeciwko tej miłości i zaczyna ją rozgrywać lub warunkować dziecko jest rozchwiane emocjonalnie i nie rozumie dlaczego tak się dzieje, że tatuś lub mamusia kocha ją (jego), ale tylko gdy...
Ono kocha mamę i tatę w każdej sytuacji. Miłość dla dziecka jest potrzebne jak powietrze. Bez niej dziecko nie może bezpiecznie się rozwijać.
Gdy najbliższa osoba staje się tym potworem o którym mowa w tytule tego posta dziecko staje w sytuacji, gdy kocha kogoś kto sprawia ból i przynosi psychiczne cierpienie. Tego cierpienia nie widać po kilku dniach. Ono wychodzi po latach. Gdy jest już za późno by cokolwiek naprawić.
Nie zabierajmy naszym dzieciom miłości