sobota, 4 sierpnia 2012

Dzieło muzycznie doskonałe

Kolejną odsłoną moich muzycznych inspiracji jest album. Pewien czas temu zespół My Dying Bride postanowił wydać album nietypowy. Nietypowy, bo podsumowujący pewien okres w dorobku brytyjczyków, którzy wespół z Anathemą oraz Paradise Lost tworzyli swego czasu "nieświętą trójcę" kierunku zwanego doom metal. Nietypowy to album również z innego względu. Kompozycje na nim zawarte nie są jedynie zbiorem "hiciorów" My Dying Bride. Co więcej, w ogóle nie ma tu utworów, które wcześniej były sygnowane nazwą zespołu. Są to kompletnie nowe utworu, aczkolwiek zawierające motywy muzyczne utworów z wcześniejszych albumów. Wszystkie utwory są jednak utrzymane w duchu ... muzyki klasycznej. Mamy tu przebogatą paletę muzycznych barw. Mamy recytację Aarona przeplataną operową wokalizą, są smyczki, jest fortepian. Nie ma tu w ogóle gitar! Być może jest to dziwne zważając na rodzaj sztuki jaką zajmują się brytyjczycy z Bradford, lecz moim zdaniem gitary byłyby na tym albumie zbędne. Emocje buzują w tej muzyce ogromne. Muzycy udowadniają, że kilka dźwięków fortepianu może wywołać niekiedy większą burzę w głowie słuchacza niż ściana gitar, a recytacja Aarona doskonale wkomponująca się w muzyczne tło zdaje się być bardziej wyrazistą metodą komunikacji niż growling. Nie znaczy to, że gitarowe poniewieranie i growl nie znajdują drogi to wyrażenia ekspresji i emocji, co to to nie. Nie znajdują jej jednak na tym albumie i w ogóle tego nie brakuje. Muzycy My Dying Bride obrali drogę, na którą odważyłoby się niewielu muzyków. Po dwudziestu latach kroczenia ścieżką mrocznego, ciężkiego metalu odskoczyli na poletko muzyki poważnej, spełniając swoje marzenie (jak podkreślają muzycy album ten powstawał 15 lat. Podoba mi się ta muzyka bardzo. Więcej - w ostatnich powiedzmy 8-10 latach nie słyszałem bardziej inspirującej muzyki, a potwierdzeniem moich słów niech będzie fakt, że My Dying Bride po raz drugi gości na łamach moich muzycznych inspiracji . Dzieje się tu tak wiele, że trudno przyswoić ten album po jednokrotnym wysłuchaniu, dlatego też trzeba do niego wracać wciąż i wciąż. I są te dźwięki tak piękne, że nie można ich słuchać "przy okazji". Są takie albumy, dla których trzeba poświęcić czas i kontemplować każdy dźwięk na nich zawarty. I tak też jest w przypadku tego albumu. Trzeba go smakować i się nim rozkoszować. Trzeba poświęcić mu swój czas." Muzyka - to jest wyłom, przez który dusza, jak więzień z więzienia leci czasem w regiony wolności. Muzyka - to córa wszystkich muz."S. Żeromski

O in vitro słow kilka

Do niniejszego tekstu skłonił mnie tekst Szymona Hołowni na jego blogu na stronie Newsweek'a. Temat dotyczy zapłodnienia in vitro, której pan Szymon nie jest fanem. W swoim tekście pisze, że pomimo obelg, które są mu zarzucane przez niektórych liberalnych publicystów twardo będzie obstawał przy negowaniu metody in vitro. Wg Szymona metoda in vitro jest złe, ponieważ "człowiek wchodzący w wolność Boga i innego człowieka, w relację, która jest między nimi, jest intruzem. Nawet jeśli boża łaska i dobroć człowieka później skutki tego włamania w tajemnicę życia naprawią". Znaczy się, że intruzem jest taki lekarz, którzy przeprowadzi zabieg in vitro. Jestem w stanie zrozumieć, że Szymon, którego bardzo cenię jako publicystę i człowieka o jasno sprecyzowanych poglądach, nie chce i nie może wyznawać wartości które są sprzeczne z jego wiarą. A stoi w sprzeczności, ponieważ "in vitro to nie kolejna, przywracająca utracone funkcje procedura porównywalna ze wstawieniem plomby. To grzebanie od samego początku w wolności, w autonomii drugiego człowieka". Ja jednakoż nie umiem się zgodzić z przedstawianymi przezeń argumentami, bo (być może zbyt liberalnie) wyznaję zasadę, że wiara nie może stać w opozycji do dobra. Nie twierdząc że jest ona zła stwierdzam, że jeśli efektem końcowym jest dobro. Wybrałbym bycie intruzem. Choć będąc szczerym muszę przyznać panu Hołowni rację w jednym punkcie. Decyzja o poczęciu dziecka jest w pełni egoistyczną decyzją rodziców. Egoizm też jest jednak wyborem, którego dokonują świadomi ludzie obdarzeni wolną wolą. A "grzebanie od samego początku w wolności, w autonomii drugiego człowieka" następuje wg mnie w momencie gdy dwoje ludzi podejmuje świadomą decyzję o poczęciu dziecka. Koleją istotną sprawą w dyskusji o in vitro jest fakt, że nie powinniśmy podejmować decyzji dotyczących całego społeczeństwa w oparciu o religię, nawet jeśli jest to religia dominująca. Chodzi o opieraniu argumentów na bazie religii katolickiej. Fakt, że ogromna większość Polaków deklaruje się jako osoby wierzące nie powinna determinować decydentów do stanowienia takiego prawa, aby usatysfakcjonowana była tylko ta grupa. Jest to jednak temat na szerszą dysputę, którą być może kiedyś zacznę na łamach mojego blogowiska.