wtorek, 19 grudnia 2017

???

Hej.
Minęło sporo tygodni od czasu kiedy po raz ostatni podjąłem się politycznego kursu. Miałem nadzieję tego kierunku nie obierać ponieważ tu nikt nie wygrywa, ale granica przy której jestem w stanie wytrzymać została przekroczona po raz kolejny i nie jestem w stanie pozostać obojętnym.
Przyjąłem już do wiadomości, że dla partii rządzącej  nie istnieje opozycja, tylko opozycja totalna (w domyśle  opozycja totalna warunkuje rządu o zapędach totalitarnych?). Przyjąłem na klatę fakt, że władzę w kraju sprawuje partia, która nie zna kompromisu. W 1992 roku rząd Olszewskiego został obalony i w ciągu tych ostatnich 25 lat pan prezes zdołał wyciągnąć wnioski z zaistniałych sytuacji. W 1992 roku mieliśmy do czynienia z rządem, który był słaby. Zbyt słaby jak na swoje plany (zresztą tak jak kilka kolejnych rządów po nim). Była jednak pewna różnica. W 1992 roku rząd Olszewskiego wpadł w pułapkę mesjanizmu narodowego, że oto teraz stoimy nad krawędzią starego i nowego systemu a jedynymi, którzy są w stanie przeprowadzić naród na drugą, lepszą stronę jest właśnie ekipa prezesa Jarosława. Każdy inny jest wszak agentem obcego kontrwywiadu. Nie udało się. Polska demokracja była słaba. Dopiero raczkująca. Rządy i premierzy zmieniali się co kilka miesięcy. Rząd Olszewskiego upadł jak wiele po nim zanim doszliśmy do jako takiej normalności. Jarosław nie umiał jednak na tyle pogodzić się z przegraną swojej wizji, że musiał jej upadek usprawiedliwić. Tak powstała "Nocna Zmiana" i wszystkie "okołopecowskie" legendy. Wszak mesjanizm nie mógł tak zwyczajnie upaść.
Nastąpił rok 2006. Wszystkie znaki na ziemii i niebie wskazywały na to, że oto mamy triumfalny powrót dowódcy. Nie wziął on jednak pod uwagę, że koalicjant może mieć rozbieżne wizje z jego własnymi. Rząd upadł.
Wtem nastał październik roku 2015 i stało się coś zupełn ie nieoczekiwanego. Polacy znudzeni 8 -letnimi rządami liberałów z PO podjęli decyzję o przekazaniu władzy w ręce PiS. Ten szansy prezes postanowił już nie zmarnować tym bardziej, że los podsunął mu władzę pełną, co jeszcze po roku 1989 się nie zdarzyło. Tym razem nie trzeba było liczyć się już z żadnym koalicjantem. Wyznacznikiem każdej polityki stała się linia partii. Jarosław stał się pierwszym przywódcą partii po 1989 roku, który bez żadnych oporów mógł stosować swoją wizję państwa.
Nie mogę mu odmówić przywództwa. Jest jednym z niewielu polityków nowoczesnej historii naszego kraju, którzy jest świetnym przywódcą. Pisałem o tym już w jednym ze swoim wcześniejszych wpisów. Przywództwo jego wpisało się jednak w pewną sytuację geopolityczną bez której zaistnienia nie zostałby nawet zauważony.
To, że jest świetnym przywódcą nie znaczy natomiast, że jest to polityka, z którą jestem w stanie się zgodzić. Jest to przywództwo oparte na otaczaniu siebie przez ludzi, którzy potrafią jedynie przytakować zgodnie z wyznaczoną linią Partii (lub bardziej prezesa). Pozostawia to brak miejsca na dyskusje wewnątrzpartyjne o czym prezes bardzo dobrze wie i czego wystrzega się jak ognia, ponieważ wie, że o ile warunki zewnętrzne wymagają poruszania się w bądź co bądź ale (jeszcze) demokracji, o tyle wewnątrzpartyjne dyskusje mogłoby zachwiać partyjnym walcem. A na to prezes nie może sobie pozwolić, jeśli chce dokonać za pomocą swojej partii rewolucji wewnątrzsystemowej.
Dobra - wracając do tematu. Głównym czynnikiem, dla którego teraz ślęczę nad tym wpisem zgoła politycznym jest fakt, że Komisja Europejska zastanawia się uruchomieniem wobec Polski artykułu 7. Tzw. "broń atomowa" przejawia się już w mediach od pewnego czasu. Wg mnie i pewnie większości czytelników, którzy mają jakiekolwiek pojęcie na temat stosunków międzynarodowych artykuł siódmy nie zostanie wprowadzony w życie, ponieważ jest zbyt wiele czynników temu przeczących. Jest jednak pewne ale...
Gra nie toczy się o wyciągnięcie wobec Polski "broni atomowej", lecz o coś zupełnie innego, co niestety będzie miało realny wpływ na życie każdego obywatela. Chodzi mianowicie o zdyskredytowanie kraju na arenie międzynarodowej. Jest to proces, który już się dokonuje i rządzący pomagają wcielić plan ten w życie. Nasza polityka zagraniczna nawet nie kuleje. Ona nie istnieje.
Powinniśmy przynajmniej prowadzić zakulisowe rozgrywki i z Unią i każdym krajem z osobna. Rację mają rządzący w tym, że Polska nie jest "brzydką panną na wydaniu". Jesteśmy dużym i dumnym krajem, który powinien walczyć o swoje racje na arenie międzynarodowej. Nie powinniśmy jednak być "piękną panną na wydaniu, która ma focha". Polityka zagraniczna od zawsze i w przypadku każdego kraju była wypadkową potrzeb, honoru, interesów i kompromisów. Niestety w przypadku naszym nie zauważam jakiejkolwiek chęci negocjowania kompromisów, co niestety może odbić nam się czkawką.
A teraz do meritum. To co najbardziej mnie rozsierdziło i skłoniło do napisania tego posta, to słów jednego z rządzących polityków, że ewentualne uruchomienie przez Komisję Europejską artykułu 7 zawdzięczamy Totalnej Opozycji! Na litość boską - jeśli kilka partii oscylujących gdzieś na granicy progu wyborczego może sprowadzić do parteru rząd własnego kraju na arenie międzynarodowej, który wewnątrz kraju ma poparcie rzędu 50 procent to jakie świadectwo wystawia sobie taki rząd. Tym bardziej, że jak już napisałem nie widać na horyzoncie żadnych sojuszników w UE prócz Węgrów, którzy wspierają na tyle na ile im się to opłaca. O ile (być może, ale jednak w dużym nawiasie) jestem taką sytuację w stanie zaakceptować w polityce wewnętrznej, bo wiadomo, że głos ludu może zmienić się bardzo szybko o tyle nie jestem w stanie uwierzyć, że Unia Europejska składa się z 28 państw, których rządzący są imbecylami i nie są w stanie zrozumieć zmian zachodzących w Polsce. Tego zrozumieć tak zwyczajnie nie umiem. Tutaj widzę natomiast ignorancję rządu w polityce zagranicznej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz